Bartek Fetysz: "Poliż Mnie Ajm Połlisz"

Nie rozumiem Polski. Niby centrum Europy, a tak naprawdę jej dupa. Azymut ciemnoty. Wszyscy niby równi, narodowa organizacja przeciw nienawiści, ale dyskoteki we łbach pozamykane, nie ma ani świateł, ani nawet światełek nadziei. Nieczynne. Głowy polskie nieczynne. Jak obecnie sklepy w niedzielę. Chyba że chcesz kupić jabola, wtedy wszystko czynne. W Polsce piwo tańsze niż mineralna. Aby radzić sobie z rzeczywistością trzeba być wiecznie najebanym. I zamiast siać w tych łbach nowe ziarno, zbierać co sezon plony, to nie, lepiej kultywować zacofanie i gorzkie żale z prehistorii istnienia. Normalnie naród archeologów. Codziennie nowy wykop historycznej świadomości. Nawet na Eurowizję wysyłaliśmy w zeszłym roku piosenkę, w której prosiliśmy o oświecenie. Light Me Up, Europo, Light Me Up. Gasnę w zaciemnionym stanie umysłu.

Czy w Polsce praca i szacunek do drugiego człowieka są przywilejem? Bo ja non stop spotykam się z takim traktowaniem, że normalnie mam ochotę za każdym razem pukać do drzwi Trybunału Praw Człowieka i zgłaszać veto jednostki, którą wzburzają takie niekurtuazyjne zagrania. Przykład? Wysyłam odpowiedz na ogłoszenie o pracę, casting copywriterów, jakieś tam umiejętności mam, może łaskawie odpowiedzą, wszak w Polsce, jak nigdzie, nie wiedzą, co to e-mail i jak się nim posługiwać. MAILfabeci. Ja zaś to ALTfabeta. Zmarł mi bowiem prawy ALT i pisanie polskich znaków jest tak wycieńczające jak w kraju proces rekrutacji. Przyzwyczajony do tego, że Wielka Brytania szanuje raczej czas kandydatów – raczej, bo również nie zawsze i wszystko odbywa się tu „soon” (SOONited Kingdom leniwie płynące fasolą z puszki) – nie mogłem dopatrzyć się nigdzie informacji o wynagrodzeniu. Info ukryte jak „Skarb” Ramony Rey. „Każdy dotknąć będzie chciał, pożyczyć, potrzymać, zabrać, ile się da…”. Jako że nie jestem na dojazdowej linii prostej z miejscem pracy i zamieniam się państwami, uprzejmie zapytałem, czy ten pierwszy proces rekrutacji można również przez Skype zorganizować. Przecież mordę widać w kamerze, a zdolności pisarskie to się raczej na papierze ma wypisane, nie na czole. Nie można. Trzeba stawić się osobiście, muszą zobaczyć, dotknąć, powąchać, potrzymać. Ewentualnie sprawdzić pod stołem. Pracownik jak skarb. Ale każdy pracownik ma swoją cenę, pytam zatem przed inwestowaniem czasu, za ile, w jakiej walucie, w czeku, papierku czy w monetach? Bo jakby mieli mi płacić w “nie mamy budżetu”, “umowa zlecenie”, "wystarczająco” albo “w zależności od doświadczenia”, to ja nie chcę. W UK wszystko jawne. Wiesz od kiedy i za ile. A tu niespodzianka, z jajka Kinder wyskakuje smok ziejący ogniem i strzegący tajemnic firmowych: „To nie jest informacja, której udzielamy drogą mailową. Dodatkowo wynagrodzenie uzależnione jest od Pana umiejętności i doświadczenia. Warunki współpracy prezentowane są jedynie na spotkaniu w przypadku pozytywnego przejścia procesu rekrutacyjnego”. Aha, czyli w wolnym tłumaczeniu, bierzesz tyle ile dajemy, albo spierdalaj, to nie kantor, żeby negocjować stawki. I mój znajomy, widząc moje oburzenie i gębę otwartą jak do karmienia mówi do mnie: „Norma, nie ma się co spinać”. Jak to norma? Dla kogo ta norma? Dlaczego ludzie się godzą na taką normę, na takie traktowanie? Przecież to jest brak szacunku dla cudzych umiejętności i czasu. To ja mam odstrzelić się jak Stróż w Boże Ciało, szpachlować, czesać i inwestować w Wizzair (jak każdy Polak latam tanio), potem PKP w tę i we wtę tylko po to, żeby dowiedzieć się, że kogoś na mnie nie stać, że sorry nie mamy budżetu? Ja mam się czuć dziko jak Tarzan w mieście, podkulić ogon, schować banany i zejść pokornie z ceny jak z drzewa, bo jest zbyt wygórowana? Ja mam się czuć źle, dlatego że światowa firma, dla której zarobić mam 45 patyków w miesiąc nie ma dla mnie z tego pięciu? Błagam. Właśnie trzeba się do cholery spinać, a nie być tłumem posłusznym jak boysbandy managerom. Bo jak raz sobie pozwolisz na roast, to już do końca życia będą z dupy Ci robić szaszłyki. Masz być pracownikiem firmy, wizytówką swojego talentu, nie jakimś niższym szczeblem, na który łaskawie ktoś się zgodzi. Rzeczywiście wielki przywilej robić w ciągu dnia tyle ile zapłacą Ci za cały rok i dziękczynnie całować łaskawego szefa codziennie w nielubianą dupę.

Kompromisy są dla wszystkich ludzi, nie tylko dla pracowników. Dla szefostwa również. Tak samo jak godne traktowanie i jasne informacje. Tymczasem w Polsce ciągle jakieś podchody. Gry podwórkowe dawno przestały mnie bawić, choć czasami chętnie zagrałbym w palanta, wszak koi moje skołatane życiem nerwy. Polska zaś, ilekroć ją odwiedzam, wydaje mi się wciąż grać w klasy, skakać w gumę, bawić w chowanego. Rozdaje przywilej uczestnictwa w grach podwórkowych. W polityce constans. Kulejąca Lewica, żywa Prawica – narodowe dwa ognie, zbitki. Ino tłuką się chyba piłką lekarską, wszak marnie im idzie. Chociaż do gry wkracza rozkrzyczana i radosna Wiosna. Oby w zadymionym smogiem kraju tak szybko jak weszła do gry tak równie szybko nie padła trupem. A z ostatnich wyborów wynika, że Polska woli wieczną jesień średniowiecza.


fot. Ariel Majtas

fot. Ariel Majtas

Bartek Fetysz, Redaktor Naczelny. Autor książki "Obudziłem się trochę podły". Był Editor-at-Large nowojorskiego IDOLL Magazine. Współpracuje z Gońcem Polskim w Londynie i serwisem Plotek. W przeszłości publikował dla portali takich jak Plejada, Przeambitni, Wirtualna Polska, VICE. Publikowały go LS LAIFstyle, GT GayTimes (UK), DJ Magazine, RAZEM, NOIR (UK), RION Magazine (UK), VOGUE Italia, KEIN (Turkey), Glamour, ELLE.