Bartek Fetysz: "Prawy do Lewego"

ss.jpg

Polska od zawsze była pod zaborami. Pałowano nasz naród niesamowicie. Rozbierano, gwałcono, palono na stosach albo i w komorach gazowych. Dzisiaj też jesteśmy pod zaborami. Zaborami świętości. Tam, gdzie hostia tam Chrystusowe zrozumienie i rozgrzeszenie. Jeden drugiemu puka w ten kościelny pokój zwierzeń i voila, Ojcze Nasz, idź dalej, rób lewe dzieci, albo je dymaj pod osłoną nabożeństwa. Jak to możliwe, że pedofil w więzieniu ma nikłe szanse na przeżycie, a w kościele doznaje wszelkich odkupień i dostaje etat? Jak jest Jezusek w dowodzie to od razu wybaczenie. Wystarczy rozdziawione serce. Albo rozpięty rozporek. 

Nie jestem żadnym przeciwnikiem wiary, ani religii, wszak w Boga wierzę, ale nie na pokaz i nie w kościelnego. A dzisiaj trzeba na pokaz - wszyscy spacerkiem do kościółka, co drugi celebryta zbawiony od Szatana, uwolniony od demonów na porannych kanapach przy porannej zorzy... I zawsze przy okazji promocji czegoś nowego pod swoim nazwiskiem. Ale do rzeczy. Ukończyłem liceum katolickie. Salezjańskie. Kiedyś była taka afera, że niby ksiądz sobie z kolan kazał zlizywać bitą śmietanę. Śmietana ma podtekst seksualny. To po prostu nasycona cukrami sperma. Niech podniosą rękę ci, którzy nie eksperymentowali w łóżku ze śmietaną. Bita śmietana i truskawki. Bite udami łona i pośladki. W razie braku śmietanki – może być i serek homo. Oby się dobrze ślizgało po sutkach i spływało słodyczą po reszcie kończyn. Ile mamy after w kościele? Setki? Tysiące? Cały Watykan? Odziane w sutanny pelikany ino czekają aż spłynie na nie łaskawość jakiegoś ministranta, ewentualnie pasywnego sługusa. Albo słowika z chóru. Chodź do mnie dziecko, śpiewaj altem, zawódź głosem przed mutacją. Nigdy nie byłem ministrantem, ale w szkole podstawowej byłem dosyć kościelny. To przez siostrę Agnieszkę. Uwielbiałem ją wszak była zakonnicą z powołania. Śpiewałem nawet psalmy. Mam to na kasetach VHS. Szło to tak: „Panie dobry jak chleb bądź pozdrowiony od swego kościoła (…) Pan moim światłem i zbawieniem moim, kogo miałbym się lękać, przed kim miałbym czuć trwogę?”. Ponoć ino przed Bogiem, ale jak wiem z opowieści znajomych i biografii wszystkich artystów z tychże katolickich szkół czy domów dziecka, to śmiem w to wątpić. Im bardziej świętobliwy, tym bardziej świeckojebliwy i zboczony. Mnie nigdy nie gwałcono ani nie oferowano #JezusToo, ale pamiętam, jak jako dziecko, no, wczesny nastolatek (ale jednak wciąż dziewica), witałem biskupa. Normalnie wydarzenie w mieście. Wybrano mnie jako ucznia wzorowego do ukojenia go swoim głosem. Nogi mi się trzęsły jak jemu pewnie ręce pod sutanną. I potem trzeba było do niego podejść i on nadstawiał swoje łapska i musiałem całować go w pierścień, który nosił na palcu. A on kładł drugą rękę na mojej głowie. Takie uświęcenie. Taki zaszczyt. Władca Pierścieni. Zupełnie jak dzisiaj kładzie się rękę na czyjejś głowie, kiedy ktoś robi ci minetę albo laskę. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego musiałem traktować go jak Lorda, albo Gandalfa odzianego w haute couture wyszywane ręcznie. Przecież zaśpiewałem czysto, przeczytałem list od Świętego Łukasza, gdzie mój Snickers albo jakaś czekoladka? Dziecku się słodycze daje, a nie złoto do oralnego polerowania. 

Nigdy nie lubiłem księży. Oni zawsze mieli ze mną pod górkę. A ja z nimi. W liceum wstąpił we mnie duch artysty i zacząłem ubierać się na czarno. Przeczytałem wszystkie książki o filozofii i religiach świata i otwarcie fascynowałem się hinduizmem. Wisznu, Siwa, Kriszna, pisałem o nich wypracowania wszak nie interesowały mnie baranki boże. Jakież to było zgorszenie! Ksiądz dyrektor pytał, czy nikt nie dokonał zgonu w rodzinie, czy nikt nie odłożył łyżki, że ja taki „Zawisza Czarny”. A ja na to, że nie – że ja po prostu lubię look monochrom i temat śmierci. Pisałem wtedy wiersze. W pierwszym opisałem swój własny pogrzeb. Nazywał się „Moje Wygasłe Światło”. Poetycki etos i patos. Ksiądz dyrektor był zdruzgotany, wszak nie napisałem nic o zbawieniu czy duszy w Królestwie Niebieskim, tylko o twarzach ludzi stojących nad moją trumną. Inny wiersz, własnego autorstwa, który recytowałem na konkursie pod tytułem „Tato” opowiadał zaś ofiarach katyńskich. Konkurs jednak wygrałem. Wezwał więc rodziców. Ojciec wrócił do domu i zapytał: A jak umrę to jaki kolor założysz? Zielony - odpowiedziałem - bo to kolor nadziei. Na drugi dzień pojawiłem się zatem w szkole ubrany cały na biało. Z własnej woli. Na przekór zgorszonemu klerowi. Wszyscy pytali czy wszystko w porządku i zwolniono mnie nawet z kartkówek. Wszyscy tam byli święci. Rano, zgromadzenie, wspólna modlitwa i tak zwane „słówko”, czyli jedna z nauczycielek wychodzi na środek i po gorliwej modlitwie przez mikrofon opowiada o świętych albo cudach, których doznała. Pamiętam jeden cud. To była pani, która uczyła niemieckiego. Nogi do nieba, jak to się mówi po angielsku, legs for days i ona przyszła raz w mini. Totalnym zapizdniku. Ojciec dyrektor oburzył się tak, że zwrócił jej uwagę przy wszystkich rano. Zaraz po modlitwie. Niby bez nazwiska, ale wszyscy wiedzieli, że chodzi o nią, a nie o mało wówczas rozebrane i umalowane uczennice. Zabronił nosić „grzesznych długości”. Biedak, już nie żyje. I ona, na drugi dzień, przyszła w takiej maxi cygańskiej spódnicy. A zawsze lubiła właśnie zapizdniki. I potem weszła do klasy i usiadła na krześle. Jednym ruchem rozchyliła materiał. Rozporek w tej kiecce miała do samego pasa. Nogi do ziemi. Wylały się na szkolnej posadzce. Wszyscy się do niej masturbowali. Jak zakonnicy do Przenajświętszej Panienki. Na zakonników spływało zbawienie, na kolegów z klasy, buzujące hormony. 

Na wsi ksiądz to jakiś wysłannik z kosmosu. Normalnie Archanioł. Dobry czy zły w dotyku, zostaje na całe życie. Czy robi dzieci połowie kobit czy dyma ministrantów – Ojcze Wielki, Panie, niech no ksiądz da rozgrzeszenie. Rozgrzeszenie dostaje i tak z głośników Radia Maryja wyłudzającego pieniądze na audycje, które piorą mozgi lepiej niż LSD. Ale jak mózg wyprany, wybielony i wykrochmalony to później jest to, co jest – Carat Rydzyka – druga władza w państwie. Przychodzi taki akwizytor kościelny, radiowo namaszczony i wyczekiwany bardziej niż pierwsza gwiazdka po kolędzie do moherowej niewiasty cierpiącej na owdowienie i łamie się opłatkiem i jej emeryturą. Albo całkiem zdrowym ludziom daje kazanie albo porad w sprawie seksu udziela. Jak to tak żyć w konkubinacie, jak to, że jeszcze nie zamężna, albo nie dzieciaty? Przecież w tym wieku to już wypada! A może homoseksualista? Wstyd! Rozwód? Czy pani chce iść do Piekła? Nawet jak bije to przecież kocha, przecież przysięga! Małżeństwo! Trzeba przetrzymać, może mniej dosolić? Może mniej dopieprzać? Co Bóg złączył to Vegeta nie rozłączy! Słowna kara śmierci. A pod sutanną cały splendor używania. Defilada zboczeń. Rydzyk i cała prawicowa reszta zapewnia im nietykalność. Bóg, honor, Ojczyzna. Jak zgwałci, albo pedofil to nie więzienie czy grzywna tylko wycieczka do innej parafii i niech se rucha dalej. Promocja za zasługi. W imię Ojca i Syna, Amen. Nie potrafię zrozumieć, że te moherowe niewiasty tak bardzo wierzą w te czarne pelikany. Przecież one oddają im całe swoje renty, trzymane w szafach oszczędności. Wyciągają z przedwojennych puszek po ciastkach comiesięcznie złotówki, normalnie prenumerata łask Bożych, subskrypcja Jezus Premium, podpisują z imienia i nazwiska, następnym razem w trakcie komunii dostaną HostięXXL zamiast wersji podstawowej bez podwójnego uświęcenia. Ksiądz się pomodli za męża nieboszczyka, za spokojną śmierć, pod Twoją obronę. Ksiądz powie, przed sąsiadkami z Bitwą pod Grunwaldem na głowie, że ja dałam najwięcej, że ten witraż to ja z pieniędzy na trumnę ufundowałam. Wszystkie mi będą zazdrościć. A oni biorą koperty i jeżdżą mercedesami, albo pochwami okolicznych prostytutek. Niby odzienie minimalistyczne, prawie skąpe jak post, prozaiczna czerń, ostatnia wieczerza bez ryb i wina, ale dzioby rozdziawione, klepią parafianki. 

Na co księżom celibat? Albo takim zakonnicom? Po co z człowieka za życia robić nietykalnego robota? Czy oni mają też zakaz masturbacji? Przecież od nadmiaru hormonów można odjechać. No i odjeżdżają. Pod sutannami trzymają pornole, często dziecięce, ale skoro hostia w rączce to wybaczone, na pewno zbłądził. Biblijny wąż nie był gadem, lecz właśnie księdzem. Namawiał do pokuszenia. Do zjechania w lewo, a w polityce i w radiu, oni wszyscy tacy niby prawi. Gówno prawda. Proszę poczytać sobie „NIE” Urbana. Tam dopiero są historie z plebanii. Istna rozpusta. I co robić z tymi, którzy są zwykłymi przestępcami? Dlaczego się ich usprawiedliwia? Bo noszą katolickie burki? Dlaczego o nich PiS milczy? Słownie katuje się w Polsce homo, les czy trans, ale na zakrystii robi się dokładnie to samo. No tak, ale tam Jezus patrzy więc się nie liczy. Madonno, czarna Madonno... Zamiast kulek analnych – różaniec. 50 twarzy kościoła polskiego. Prawy do lewego, chodź pod sutannę kolego.


fot. Ariel Majtas

fot. Ariel Majtas

Bartek Fetysz, Redaktor Naczelny. Autor książki "Obudziłem się trochę podły". Był Editor-at-Large nowojorskiego IDOLL Magazine. Współpracuje z Gońcem Polskim w Londynie i serwisem Plotek. W przeszłości publikował dla portali takich jak Plejada, Przeambitni, Wirtualna Polska, VICE. Publikowały go LS LAIFstyle, GT GayTimes (UK), DJ Magazine, RAZEM, NOIR (UK), RION Magazine (UK), VOGUE Italia, KEIN (Turkey), Glamour, ELLE.