Urszula Kamińska: "Nauki Średniowieczne"

 
Grafika: Paweł Jaskólski

Grafika: Paweł Jaskólski

Szkołę powinno się zdelegalizować. Tak brzmiałoby moje pierwsze zdanie, kiedy byłam w 2-3 klasie liceum. Dotyczyłoby szkoły podstawowej i liceum (jestem tak stara, że nie doświadczyłam bajaderki zwanej gimnazjum). 


Szkołę traktowałam zawsze jako miejsce relacji towarzyskich. Najbardziej lubiłam przerwy i WF (rzadko miałam strój więc była to przedłużona o 45 minut przerwa). Mój brak wiary i zainteresowania tą organizacją pogłębiał się już od 3 klasy podstawowej, kiedy to wychowawczyni powiedziała, o cygańskiej dziewczynce, na forum klasy „z tą dziewczynką się nie bawcie, bo źle się uczy i nie odrabia pracy domowej”. Wiadomo, że byłam pierwszą, która wyłamała się z systemu. O dziwo, cała reszta klasy, posłuchała „Pani pedagog”. 


Kolejne historie tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że to wszystko bez sensu i nie jestem w tej układance ważna jako niezależna, wolna jednostka. Najpierw nadają Ci unikalny numer pesel, aby dać złudzenie wyjątkowości, a potem korzystając z Twojej nieuwagi obcinają wszystko co wystaje poza ustaloną urzędowo foremkę. Żadnych wyjątków, zapomnij o nieszablonowym myśleniu, bo trafisz do ludzkiego outletu, zbioru uszkodzonych „produktów”, na tym nadrukowało się za dużo wzorków, a tamten jest uszyty ze zbyt rozciągliwego materiału. 


Dostałam kiedyś jedynkę z matematyki, ponieważ kątomierz był niedokładny. Chujek wyprodukowany przez jakiegoś tandeciarza obniżył mi średnią! Wspominam to beznamiętnie, gdyż oceny w dzienniku szybko zaczęłam traktować jak ozdoby choinkowe - wszystkie równie piękne i nie mające wpływu na moje życie. Zależało mi tylko, aby kolekcjonować wszystkie… z każdego przedmiotu. Szczerze denerwowałam nauczycieli. Zła ocena była jedynym motywatorem w ich posiadaniu. Wobec mnie zostawali z pustymi rękami. 


Ręce były puste, ponieważ znaczna większość z nich nie posiadała nawet procenta charyzmy. Z całej mojej bujnej kariery uczniowskiej mogę wymienić trzech nauczycieli, którzy potrafili przykuć moją uwagę, zainteresować tym co mówią. Powtórzę - ocena nie motywowała mnie do słuchania i odrabiania lekcji. Zmotywować musiały mnie umiejętności pedagogów. I tu polegli w większości, jak Godlewska w klatce z Linkiewicz. Chciałabym, aby w postulatach strajkowych, o których ostatnio glośno, znalazł się też zapis, że poza podwyżkami mają być zagwarantowane warsztaty z płomiennych wystąpień publicznych. Błagam. 


Najbardziej pociągała mnie w szkole religia, ponieważ tam mogłam w końcu bez oporów podyskutować, pozadawać śmiertelne ciosy pytaniami o sex i inne wątpliwości natury duchowej. Zapomniałam jeszcze o PO - bywałam, lubiłam, wszak granatami rzucać to umiejętność dla mnie, pierwszej potrzeby. WF jak już pisałam lubiłam, ale tylko dlatego, że mieliśmy niesamowicie wygodne ławki. Nie brałam udziału w tych „profesjonalnych„ treningach Głównie dlatego, że moja klatka piersiowa zaczęła ewoluować niebezpiecznie wcześnie i zatrważająco szybko. Z tym faktem nie tylko ja nie umiałam sobie poradzić. Rzesze kolegów ze szkoły nerwowo rżały widząc jak „biegam” i wybijam zęby nowymi nabytkami z przodu. Oczywiście nigdy nie pozostawałam im dłużna, zbaczając z bieżni i łamiąc pięścią ich nosy. Krwawili zanim zaczęłam miesiączkować. A ja odwiedzałam gabinet dyrektora tak często jak wszyscy posłowie i prezydent siedzibę wodza z dziobem. 


Liceum pamiętam jako podobnie oderwane od rzeczywistości i znaczenia jednostki miejsce. Już w pierwszej klasie moja wychowawczyni delikatnie dała moim rodzicom „dobrą radę” aby skierowali mnie do centrum kształcenia ustawicznego. To był moment kiedy przegrała ze mną wszystkie karty. Przegrała mój szacunek, szansę na to, że może kiedykolwiek będę jej słuchać, możliwość na dotarcie do mojego artystycznego mózgu. Sepuku zanim dolecieliśmy do ferii zimowych. I tak właśnie wspominam liceum. Kontynuacja kolekcjonowania ozdób choinkowych, połączona z zawieraniem nowych znajomości, rysowania setek komiksów w zeszytach, tłumaczenia powodów nie posiadania odrobionej pracy domowej i pytania wszystkich w klasie o 8:00 czy przypadkiem dziś nie mamy jakiejś klasówki. Nigdy natomiast nie wagarowałam. Ja się bardzo dobrze bawiłam w szkole! Wszak oceny mnie nie interesowały, śpiewałam na wszystkich apelach, miałam masę znajomych- żyć nie umierać. Jedyną sytuacją jaka motywowała mnie do nauki to brak zrozumienia o czym mówi nauczyciel. Tak stało się raz na chemii, kiedy pojawił się temat chemii kwantowej. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam o czym mowa. Tak mnie to wybiło z mojego samouwielbienia, że po powrocie do domu przewertowałam wszystkie książki, aż zrozumiałam całość. Kiedy dostałam piątkę Pani ucząca tego poetyckiego przedmiotu prawie wyjechała z budynku karetką. A mieliśmy piękny podjazd dla aut medycznych.


Opisałam Wam moje podejście do szkoły po pierwsze aby pokazać Wam z jakimi ultra pajacami mają do czynienia nauczyciele. Ci ludzie na serio mają dodatkowe punkty po śmierci w niebie, tylko z uwagi na zawód jaki wykonywali. Jestem przekonana, że jestem winna kilku moim nauczycielom kilka złotych za terapię lub meliskę przed snem. A uwierzcie, nie byłam najgorszą zakałą mojej szkoły. Byli mistrzowie rozpierduchy, przy których ja wyglądałam jak Gosia Rozenek-Majdan udająca rockmankę. Tkwicie w zepsutym systemie, ale tkwicie w nim nie sami lecz z uczniami i rodzicami. 

Moja mama, która po 40 latach uczenia języka polskiego (Boże świeć nad jej zdrowiem psychicznym) za rok odchodzi na emeryturę po wielu latach ślęczenia nad wypocinami uczniów. Kiedy rozmawiam z jej byłymi uczniami, których już nawet dzieci teraz uczy- podkreślają jedno: „Była dla nas. Była wymagająca, ale rozumiała nasze żarty i problemy naszego wieku. Zawsze zależało jej na tym abyśmy mówili jak homo sapiens, a nie dukali jak wyjęci z jaskini  neandertalczycy.” Fajnie. Miło. Super. Ale tylko ja wiedziałam, że często nie miałam mamy wieczorem, bo siedziała nad przygotowywaniem sprawdzianów, nie miałam jej często w weekendy ponieważ sprawdzała te koślawce spłodzone w pocie czoła przez uczniów. Czasem pokazywała mi te kwiatki- mówię Wam- gdybym miała coś takiego czytać przez całe życie, to nie podwyżki bym się domagała, a ośrodka psychiatrycznego....na Maledivach.


Drugi cel mojej opowiastki to uświadomienie nauczycielom właśnie, że nie uczą tylko swojego przedmiotu. 45 minut w klasie to zarządzanie kształtującymi się charakterami podszytymi konkretnymi temperamentami. My jako dzieciaki jesteśmy emocjonalną gliną, którą świetnie da się formować, lecz której nie da się oszukać. I nie straszcie nas złymi ocenami, kopaniem rowów, rodzicami, bo na strachu to jeszcze nic trwałego i pięknego nie wyrosło - no chyba, że kwiecisty rak z przerzutami. Zarabiajcie godnie, bo macie w rękach poziom mózgowy całego narodu, lecz na Boga, zdajcie sobie z tego sprawę jak ważni jesteście w życiu uczniów. Najlepiej będę zawsze wspominać nauczycieli, którzy widzieli we mnie artystyczny umysł i cenili to we mnie. Nie skreślali mnie jako człowieka, ponieważ oceny traktowałam jak zawieszki Pandory. I jeszcze jedno - im trudniejszy uczeń Wam się trafia, tym większa lekcja dla Was do odrobienia. Spójrzcie w środek swojej duszy i psychiki - dlaczego nie radzicie sobie z taką Ulką, Piotrkiem, Miłoszem, Kaśką? Kogoś Wam przypomina? Jest odbiciem waszej uciętej, dziecięcej wolności? Zarabiajcie nawet po 10 tysięcy złotych! Ja Wam bym tyle dała, gdybym miała pewność, że w moim dziecku zobaczycie to co ma największy potencjał i rozwiniecie to. 


Jako malarka i osoba zaangażowana w różne akcje charytatywne, często prowadzę zajęcia dla dzieci. Mój rekord to warsztaty artystyczne dla 600 dzieci w 4 dni. Kiedy przyjeżdżam do szkół nauczycielki zwracają moją uwagę na najbardziej „problematyczne” jednostki. Po zajęciach Panie, dokładnie jak moja „chemiczka” z zawałem wyjeżdżają na sygnale, ponieważ przy mnie te mini szatanki były aniołami. Lecz ja jako „ex mini belzebub” wiem jak dotrzeć i jak dać tym jednostkom szacunek, tolerancję, ale i pociągnąć prawdziwym zainteresowaniem do tego co mówię. Z tymi najmłodszymi stworzyliśmy wielkie, kolorowe skrzydła. Każde dziecko miało pokolorować jedynie kilka piór. Po 2 dniach zajęć powstały 3 metrowe skrzydła. Jak już powiesiliśmy je. Na korytarzu szkolnym chłopiec, który miał być największym postrachem szkoły podszedł do mnie i powiedział: „Ja namalowałem tylko 4 pióra! Ale też były potrzebne. Razem możemy nawet takie rzeczy zrobić!.” Problematyczne dziecko? Nie sądzę.


Szkoła nie jest wojskiem. Wybijcie sobie też z głowy, że ma przygotować do bycia posłusznym w zabójczej pracy w korpo. Szkoła jest przedłużeniem rodziny. A w rodzinie panuje miłość, szacunek do każdego z jej członków, wolność osobista, chęć rozwoju i wsparcie kiedy jest ciężko. Przynajmniej tak było i jest w mojej - i tego w szkole szukałam. Nie znalazłam. Ale ja jestem malarką, artystką. Miałam słabe oceny. Nie słuchajcie mnie.

 

ula.jpg

Urszula Kamińska. Malarka i designerka. Studiowała Architekturę Krajobrazu w Warszawie. Już dziś pojawiają się opinie, że Urszula Kamińska to “Warhol w spódnicy”. Malarstwem Urszuli zachwycił się sam Sir Richard Branson, założyciel Virgin Group. Obrazy jej spotkały się z entuzjastycznym odbiorem środowisk związanych z inwestowaniem w sztukę. Jest finalistką konkursu “be Creative in Warsaw”.

Instagram / Facebook