Bartek Fetysz: "Manifest Singla"

Wszyscy promują związki – prasa, telewizja, ulice. Promocja szeroka jak oferta margaryn w Tesco. Wachlarz rozmaitości: miłość dojrzała (jak pięćdziesięcioletnia zmarszczka), miłość przestarzała (jak znoszone skarpety), miłość świeża (jak ciepły letni deszcz), miłość niewinna (jak anielska cnota) etc. A gdzie miłość do samego siebie? Od kiedy posiadanie drugiego człowieka oznacza szczęście na wieki wieków, amen?

Na świecie miłosny show na ściankach i Instagramach. Dzień na planie i boom boom pow pow, tydzień i zaręczyny, miesiąc i dziecko, miesiąc i półtora i rozwód. A ja jak Maria Peszek swoje miasto, PIEPRZĘ MIŁOŚĆ! Uroczyście oznajmiam wszem i wobec, że jestem singlem i kocham ten stan. Singlem nie jestem z musu, lecz z wyboru. Skoro Szanowna Bozia pozwoliła mi wybierać, to wybrałem (dobrze, że nie przynależność do Młodzieży Wszechpolskiej). Skąd ta niechęć do związków ktoś zapyta? Spieszę tłumaczyć. Cierpię na związkowstręt. Podepresyjną aseksualność. To choroba poważna i trwa lat dziesięć. Wmawiano mi, że można leczyć Prozakiem, ale nie bylem zainteresowany.

Nienawidzę łazić po mieście uczepiony czyjejś łapy. Nie dość, że uścisk zazwyczaj ciasnawy, to jeszcze po kilku minutach klei się jak mucha do kupy. Przecież kup w mieście wiele, na przykład na miejskich trawnikach hojnie upstrzonych przez zwierzaki domowe, którym czasem pomagają nawet ich czuli właściciele. A poza tym, ile to jeszcze bakterii rozkwita w tym ręcznym uścisku! Jesień służy niby zakochaniu i parkowemu gaworzeniu na ławce w deszczu. Mnie zaś służy do radowania się samym sobą. W łóżku też więcej miejsca. Jak słyszę: „Przytul się, Fetysz” to z miejsca mam ochotę dostać ataku epilepsji albo opętania przez jakąkolwiek moc niemiłosną. Ja propaguję syndrom jednostki. W jednostce siła. Tabloidy wszelakie, dzienniki, tygodniki, miesięczniki, kwartalniki i co tam jeszcze ludzkość raczyła wymyślić – wszędzie nagłówki „Oni się kochają!”. To, skoro się kochają, to może też napiszą, jakie życie seksualne prowadzą? A jakoś nie piszą. Skłamałem. Monika Zamachowska lubi rano. To wiemy wszyscy. Ale nie wszyscy wiemy, co to orgazm dopochwowy czy łechtaczkowy i nie każdy posiada sprzęt o wymiarach nowego BMW. I nie każda kobieta wie, jak doprowadzić mężczyznę na skraj rozkoszy, mimo że, redaktorki szanownego „Cosmo” wciąż wymyślają jakieś łóżkowe innowacje i każą masować tam między odbytem, a moszną, bo wtedy normalnie „It’s Raining Man, Hallelujah”. Chyba, że chłop się po prostu z wrażenia zesra, to wtedy "Charlie i Fabryka Czekolady".

Na zdjęciach w owych magazynach to i owszem miłość z Photoshop’a – bez zmarszczek, blizn i obrażeń klinicznych. Ale w domu to już sodoma i gomora – on ją bije, bo „zupa była za słona”, ona oddaje z półobrotu, bo „jak ci chamie nie pasuje, to sam sobie gotuj”. Przecież miłość to najlepsza ze znanych światu prostytutek. Jej alfons (czyt. media) zarabia na niej kupę kasy. I się dorabia, a ona orze jak tylko może. Nasyła na ludzi bezbronnych swojego prywatnego mordercę w postaci trupiobladego cherubinka i ryje ludziom psychę i ciało. Zdjęcia w gazetach to i owszem ładne. Miłosna sielaneczka. Miłosny duet zespolony węzłami małżeństwa (bo o kochankach pisać nie wypada). Miłość wieczna, bo z grobu nawet krzaczyska wyrosną i połączą oboje kochanków jak Tristana i Izoldę. No miłość, po prostu miłość. Piękna i zdjęciowo obrobiona. I tak się rozstaną.

Dzwoni znajomy, który od jakiegoś czasu jest w związku. On: “Wiesz, bo ja zawsze myślałem, że sam sobie mogę wszystko załatwić: udany seks, towarzystwo i pracę. A tu się okazało, że dopiero jak poznasz tą drugą osobę to wszystko ma sens”. Mnie zaś jest dobrze jak jest, ja nie chcę nikogo, ja nie chcę, żeby mi się ktoś szwędał, ja siebie ogarnąć nie umiem, a mam ogarniać drugą osobę? Do towarzystwa mam depresję, nie uprawiam nawet seksu. “Bo to jest wspaniałe wiesz, kiedy masz osobę, która nagle akceptuje Cię takiego jakim jesteś, akceptuje to że sapiesz, pierdzisz i bekasz…”. Ja bym chyba nie akceptował. “I wiesz, jak jest cudownie, kiedy ja np. się kapię, a on w tym czasie na kiblu siedzi – i rozmawiamy a to o książce czy sztuce?”. To jest cudowne? Boże nie strasz. Nie wyobrażam sobie drugiej osoby w łazience, kiedy ja się kąpię, to mój czas, moje sprawy poupychane między pachnące bańki, a ktoś ma przyjść i przy mnie kloca walić?! Nie, nie to za dużo. “No co Ty, nie mamy przed sobą barier, on sika, ja myję zęby”. Ja bym miał bariery, ja mam. Mur barier dokoła mnie wysoki na milion pięter, którego nie da rady przeskoczyć najlepszy tyczkarz. Nie jestem z nim wcale nieszczęśliwy. “Ale życie dopiero wtedy nabiera sensu”. Jak to dopiero wtedy? To znaczy, że narodziny moje i ileś tam lat lepszego lub gorszego funkcjonowania były bez sensu, bo nie mam nikogo kto mógłby mi nasrać w moją przestrzeń wolną, wstawić szczoteczkę do kubka z moją, a niech też stworzą dentystyczny związek, grzebać mi po szafach, w komputerze i telefonie? I dlaczego miałbym się stać szczęśliwszy? Ja jestem szczęśliwy. Nie nadaję się do związków, bo nie umiem się poświęcić nikomu prócz siebie. Poświęcałem się razy X i nie chcę, dość, już wiem, że jestem non-relationship person. “Póki nie znajdziesz tej osoby, nie będziesz nic wiedział o szczęściu w życiu…”. A czym jest szczęście? Czy nie spojrzeniem w lustro z rana, w swoje własne opuchnięte oczy i powiedzeniem sobie: Tej kurwa, dobrze dzisiaj wyglądasz? Czy musi mi to uświadamiać ktoś inny? No halo? Adele nie odbiera. Nie nagrywa obecnie żadnego albumu. Another side milczy.

Nie lubię jak zatwardziałe single przechodzą nagle na ciemną stronę mocy. Nie interesuje mnie kazanie z tej ambony. I te rzygoteksty typu: Bo Pan, Panie Fetysz to jeszcze nie zaznał prawdziwej miłości, albo Pan jest popierdolony. Czy ja proszę o darmową diagnozę? Czy położyłem się na kozetce prywatnie i teraz się znamy, aby ją stawiać? Czy wszyscy są tacy sami? Bo każdy człowiek jest stworzony do miłości? A może ja zostałem stworzony do samogwałtu? Czy w dzisiejszych czasach trzeba się wiązać, rodzić i w ogóle otaczać ludźmi? Nie mam zamiaru. Ani za 500+ ani za willę z basenem. Czytam te wszystkie wywiady, słucham spowiedzi znajomych. Oglądam niekończące się zdjęcia. Teraz zamiast JA, jesteśmy MY. Te wyznania za serce chwytające, statusy, tą miłosną poezję wtykam w siebie jak ciasteczka, kiedy mam ochotę na słodkie i mam ochotę zwymiotować tym wszechobecnym miłosnym kałem. Z nudów popołudniowych to czytam, na sjeście pomiędzy lunchem, odpoczynkiem, a pracą i tak sobie myślę, że dla odmiany to ja się nie chcę zakochać. Będę miał wolne ręce, wolne łóżko, wolną przestrzeń dokoła siebie i więcej tlenu w pokoju. Nie będę wierzył, że „kiedyś cię znajdę”. Może nie wszyscy potrzebują znalezienia czy odnalezienia? Nie czuję się jak zaginiona wioska Smerfów. Nic nie zgubiłem. Niczego nie szukam. Nie będę nagle pytał się przechodniów i przyjaciół, „Where is the love?”. Poszła se w niewiadome. Tak jak dzieweczka, co szła do laseczka, a bidulce las wycięli. Takie oto nie-eko czasy. Definicja Fetysza? Skondensowana kompilacja cech, które większość uważa za pojebane.

- Fetysz, czemu Ty jesteś sam?

- Bo łazienka jest zamknięta.


Photographer: Miguel Costa / Model: Cedroc Olive

Styling and photo direction: Bartek Fetysz


50840543_555990101549667_5465371211639302794_n.jpg

Bartek Fetysz, Redaktor Naczelny. Autor książki "Obudziłem się trochę podły". Był Editor-at-Large nowojorskiego IDOLL Magazine. Współpracuje z Gońcem Polskim w Londynie i serwisem Plotek. W przeszłości publikował dla portali takich jak Plejada, Przeambitni, Wirtualna Polska, VICE. Publikowały go LS LAIFstyle, GT GayTimes (UK), DJ Magazine, RAZEM, NOIR (UK), RION Magazine (UK), VOGUE Italia, KEIN (Turkey), Glamour, ELLE.