Marta Płusa: "Taki Kobiecy Fetysz - Akt Trzeci"

Z%CC%87KM.jpg

Akt trzeci - KSIĄŻKA.

Ktoś powie, że nie ma baba (ja) nic lepszego do roboty, więc się przypierdala. Durnej babie się nudzi. Durnie się czepia, ale po durnych, czyli takich zwykłych, ludzkich, codziennych zachowaniach, gdy kamery nie patrzą i nie trzeba udawać, można poznać naturę człowieka.

Ktoś powie, że to jednostkowe sytuacje. Jak w każdym środowisku. Że o niczym to nie świadczy. Ale świadczy. Jak najbardziej. Skoro moje feministyczne środowisko wymaga, aby księża, którzy mają świecić przykładem nie powinni innych ranić, to tym bardziej to zjednoczone kobiece zgromadzenie zamiast tylko krzyczeć o solidarności - powinno sobie pomagać i się wspierać.

Nigdy nie miałam pretensji, że ktoś nie chce przeczytać mojej pierwszej książki. Zależało mi na opinii, nie na recenzji. Dlatego, gdy pisałam do pewnych znanych dziennikarek feministycznych, które na swoich fanpageach i Twitterach piszą o feministycznym, siostrzanym, pomocniczym, solidarnościowym wsparciu* (*bla bla bla), czy nie zechciałyby przeczytać mojej książki, zaznaczałam: „Do niczego nie jest Pani zobowiązana: jeśli książka się nie spodoba, to może ją Pani wyrzucić. Wydawnictwa pisały, że kobiety nie powinny tak pisać o seksie; że powinny pisać słodko z happy endem, że każda bohaterka jak Carrie powinna spotkać swojego Biga. Wydawnictwa nie chcą promować książek pisanych przez kobiety w ten sposób, a ja jestem ciekawa Pani opinii. Rozumiem, jeśli nie ma Pani czasu i że jest zasypywana takimi propozycjami - proszę dać znać, czy mogę wysłać, a co Pani z tym zrobi – pozostawiam Pani woli”. Zdziwiłam się nieco, gdy od sióstr feministek, które podkreślają w mediach, jak to kobiety sobie nie pomagają, a przecież powinny, zaczęłam otrzymywać odpowiedzi różnej treści...

Od jednej literatki-feministki usłyszałam, że ona już swojego cyklu książkowego (nie powiem, jakiego) nie prowadzi, więc nie może mi pomóc, choć bardzo by chciała. "Chciałabym, ale jednak nie chciałabym". Dwa dni później ta literatka-feministka krzyczała w mediach, że kobiety nie chcą siebie wzajemnie w sztuce wspierać, ponieważ siebie wzajemnie nie promują; "nie jesteśmy względem siebie siostrzane...”. Dzięki, "Siostro”. Inna dziennikarka – z tej samej półki, feministka/intelektualistka – po prostu nic mi nie odpisała, choć widziałam, że pod selfiakami aktorów, celebrytów chętnie pisała pochlebne komentarze. Na lans czas zawsze się znajdzie. I na medialne pościki o ignorowaniu kobiet. Oby lajki się zgadzały. Ponownie mnie zignorowano, ale na pokaz wielkie hasła: wspieram, promuję, daję głos!

Gówno prawda. I jedna i druga przepchałyby się łokciami, oby to one były na pierwszym planie, w roli Oskarowej, gdziekolwiek nie istnieją - w biznesie, telewizji czy w mediach. Wielka mi sztuka promować znane nazwiska! Ale tak można sobie wyślizgać widoczność. Kalkulacja tego co się opłaca to nie uprawianie feminizmu, a śliska osobowość. Bo w kolorowym telewizorku łatwo o czymś pieprzyć, aniżeli coś realnie robić. Oczojebny image jest bardziej kolorowy niż smutna, bo prawdziwa rzeczywistość.

AKT KOŃCOWY

Mój poprzedni wydawca przez 2 lata nie wypłacał mi należności za moją książkę. Dodatkowo przez rok prezes zbywał mnie i nie poczuwał się do obowiązku, aby mi cokolwiek odpisać. Bo po co? To, że ktoś pracuje w kulturze, nie znaczy, że musi być kulturalny. Nie chciałam przez 2 lata napisać o tej sytuacji, ale nie został mi żaden inny wybór, skoro moje maile były przez tyle czasu ignorowane. Napisałam o tym na blogu. Wiedziałam, że dopiero coś ruszy, gdy sprawę się nagłośni. Wiecie, kto mi pomógł? Jedna koleżanka. I mężczyzna. Znany dziennikarz. Tylko ich dwoje. Bezinteresownie. Bez korzyści.

Zanim zrobiło się o tym głośno, napisałam do pewnej znanej pisarki. Ta też głosiła piękne, oklepane hasła o solidarności jajników. O tym, że wydawcy nie traktują kobiet pisarek poważnie, zatem ona zakłada wydawnictwo, w którym będzie miejsce dla autorek, które miały problemy takie, jak ja. Zarzekała się w mediach, że będzie na każdym polu pomagała innym kobietom. Brawo, bravissimo! Serce rośnie! Napisałam do niej wiadomość. W telegraficznym skrócie, bo jakbym miała pisać całość to powstałaby epopeja, a ja nie umiem opowiadać od punktu A do punktu B. U mnie od razu cały alfabet.

- Dzień dobry (wyjaśnienie sytuacji). Skoro Pani również miała taką sytuację, to może nagłośni i moją sprawę, aby wydawcy nie czuli, że są równiejsi i udostępni pani mój post?

Odpowiedź:

- Ale to pani chce, żebym pani książkę u siebie na stronie umieściła, aby sprzedawać?

Nie wiem, dlaczego pomyślała o tym, skoro nic o sprzedaży słowem nie wspomniałam. Nie wiem, dlaczego, gdy piszę o poście, ona od razu chce zarabiać na mojej książce. OK, pomyślałam, może się nie zrozumiałyśmy. Wyjaśniłam: Pani posłucha, ale mnie chodzi o post o wydawcach. Działajmy lokalnie, a potem globalnie.

- Skoro pani chce, aby pani książka była u mnie sprzedawana na stronie, to niech pani mi ją podeśle.

Nie, no, idiotka, czy tylko udaje? Ewidentnie nie chce mi pomóc. Inaczej byłaby to krótka piłka i gol, udostępnienie postu. Post się jednak rozprzestrzenia. Przyjaciel, dziennikarz, nagłaśnia sprawę – wywołuje do tablicy wspomnianą w komentarzu - "Miałaś chyba podobną sytuację, chciałabyś się wypowiedzieć?". Krótko. Bez mydła i wody. Na sucho. Nie może już publicznie udawać, że tego nie rozumie. I co czytam w odpowiedzi, gdy pani pisarka-feministka już musi publicznie coś powiedzieć? "Znam sytuację, jesteśmy z Autorką w stałym kontakcie". Ktoś włamał mi się na pocztę i za mnie z nią pisze, że jest w “stałym kontakcie”? Może ja gdzieś między wierszami coś takiego napisałam, że pisarka-feministka uważa, że nadal mamy kontakt po tym, gdy nie było od niej odzewu? Czy to może ja jestem idiotką i nie kumam czaczy?

Dopiero gdy zrobiło się głośno o nieuczciwym wydawcy, a ludzie zaczęli post udostępniać to i pisarka-feministka w końcu się nad nim pochyliła. I udostępniła! Ba! Jesteśmy w stałym kontakcie!

- Pieprzona pijawka – pomyślałam brzydko i już miałam się skarcić w myślach za wyzwiska, gdy nagle pisarka-feministka zaczęła publicznie pisać:

"Teraz jesteśmy razem! Teraz kobiety rozwalą ten system!".

Hola, hola. Jakie my? Najpierw zbywasz mnie ciszą, a kiedy zaczęto o mnie pisać to podpinasz się jak ramiączko do stanika i na barykady: WALCZYMY! Teraz MY? No tak, przecież nie można być w tyle za tym, co się klika. Ręki podać nie chciałaś, ale jest fejm to i Ty w nim dupę wygrzejesz. Nie. Won.

Krzyczeć jest łatwo. Lansować się na innych jeszcze łatwiej. Dziękuję za taki feminizm i takie wsparcie. Wiecie o kim mówię w każdym akcie. Znacie je i obserwujecie. I kiedyś Wy wszystkie, drogie Panie pisarki, artystki, dziennikarki, zostaniecie ze swojego zachowania rozliczone. Bo karma to nie feministka i wali w ryj na ślepo.