Fiolka Najdenowicz: “Prosto z Fiolki”

16425752_10212158313892513_891335327171952666_n.jpg

“Trzeba z żywymi naprzód iść, po rzeczy sięgać nowe, a nie z rosołu liść bobkowy przyklejać se Do głowy”

(pijany Tomasz Bryczek, mój kumpel, uważam, że to genialne)

No dobra, skoro Fetysz sobie życzy, abym pisała felietony – niech mu będzie. Jako jego psychofanka – nie odmówiłabym mu nawet, gdyby zaproponował mi napadanie i rabowanie klientów wychodzących z Harrodsa, grożąc im sztachetą...

Dawno niczego nie pisałam, w ramach prokastynacji przeczytałam całego Facebooka, zjadłam dwa obiady, zdrzemnęłam się, no ale ileż można, tym bardziej, że obiecałam mu, że poniższy utwór dostarczę mu najpóźniej przedwczoraj. 

Wracajmy jednak do mojej osoby, zapewne część z Państwa mnie kojarzy z mojej wcześniejszej kariery wokalnej. Na swoim fanpejdżu fejsbucznym często pada pytanie: “Fiolko, a kiedy ty wreszcie coś nagrasz?”. Doprowadza mnie to do białej gorączki i pewnego dnia wreszcie udzieliłam tamże odpowiedzi na to pytanie, trafiając oczywiście na łamy polskich portali plotkarskich, jakobym głodowała. Nie przypominam sobie, abym tryskała szczęściem, pewnością siebie, tudzież miała komfortowe życie, pozbawione ciągłego strachu jak sobie dam radę w następnym miesiącu będąc wokalistką.

Czy zagram wystarczająco dużo koncertów, aby opłacić rachunki? Co będzie, gdy dojadę z zespołem na miejsce, a organizator nam nie zapłaci? Moja była menadżerka, Joanna Ziędalska, obecnie pracująca dla Agnieszki Chylińskiej mogłaby dużo opowiedzieć na ten temat. Wspomniała nawet kiedyś o dżentelmenie, który usiłował uciec z honorariami muzyków przez okno...  

Większość ludzi myśli, że życie artysty jest jednym wielkim wypasem, bo nie dość, że robi to, co kocha, to jeszcze na tym zarabia. Piszę te słowa dwa dni po samobójczej śmierci Keitha Flinta z Prodigy. John Lyddon, jego przyjaciel, twierdzi, że przyczyną tej decyzji była samotność i brak miłości...

Niedawno rozmawiałam na ten temat z moją mamą, zamieszkałą w Sztokholmie. Powiedziała: “Dziecko, tu jest to samo, zabijają się, biorą narkotyki...”. Ja miałam jeszcze i tak sporo szczęścia, bo cała moja kariera miała miejsce przed rokiem 2004, gdy nastąpiła ta upiorna tabloidyzacja mediów, a i tak byłam odarta z prywatności. Nie wydaje mi się, abym potrafiła funkcjonować jako osoba publiczna dziś.

Wielu dziwi decyzja o mojej emigracji. Wyjechałam z Polski w wieku 48 lat. Zaczynać w tym wieku od zera? - spytacie. Niestety musiałam. Otóż przez całe swoje zawodowe życie – przepracowałam na legalnym etacie niecałe dziesięć lat. Poza tym były to śmieciówki, działalność artystyczna, a na koniec – gospodarcza. Dotarło do mnie z całą mocą, że będzie coraz gorzej, bo baby po 45 roku życia nikt w Polsce nie zatrudni, emerytury nie będzie, nie mam nic do stracenia, więc mając dość odbijania się od ścian, pomyślałam: jebać to. Mając jako jedyną tarczę swój wrodzony optymizm oraz totalny wdupizm – wyjechałam. Nie będę się wdawała w szczegóły, wszystko opisałam w swojej drugiej książce “Trup w szparagach” (do nabycia na Allegro). Po trzyletniej tułaczce – trafiłam do Londynu, który stał się moim domem. Czy żałuję? Nigdy w życiu! Mało tego, gdybym teraz mieszkała w Polsce, właśnie pakowałabym walizeczkę... 

Jedno mnie dziwi. Mianowicie rodacy, którzy wyemigrowali, a nadal są głową tam - czyli w Polsce. Załączają na dzień dobry polską telewizję, w efekcie czego nie ogarniają języka i cały czas żyją tym, co się w Polsce odpierdala, od rządów PiS począwszy, na siostrach Godlewskich skończywszy. Rozumiem jeszcze, gdy robią to dziennikarze, opisujący i komentujący rzeczywistość, jak Paulina Młynarska, czy nawet w dużym stopniu sam Fetysz, ale cała reszta?

Ja wolę żyć tu i teraz, zatem ten felieton potraktujcie mili Państwo jako swojego rodzaju wstępniak, gdyż zamierzam się skoncentrować na rzeczywistości, która mnie otacza. Poza tym, świetnie się bawię, czego i Wam życzę.


zdjęcie z archiwum autora