Bartek Fetysz: "Taśmy Rodzinne"

W latach 90-tych moja rodzina była szczęśliwa. Może dlatego, że była pełna. Albo przynajmniej tak nam się wszystkim wydawało. Wszyscy pięknie wyglądaliśmy na zdjęciach. I taśmach video. Chociaż Kiler w trwalej to obraz, który i ona, i ja chcielibyśmy wyciąć ze swojej pamięci. Dla mnie, w trwalej czy nie to i tak najpiękniejsza kobieta. Od dziecka mam wpojony szacunek do kobiet. Bo to one mnie wychowały. W harmiderze i krzyku. W miłości. Miałem szczęście być wychowanym przez niesamowite kobiety. I niesamowitego mężczyznę – mojego dziadka. Ojciec był trochę z doskoku, wtedy wydawało mi się, że mnie bardzo kocha. Jego miłość do własnych dzieci przeterminowała się w okolicach pięćdziesiątki, kiedy to po latach odkrył, że poznał kobietę swoich marzeń i przestał utrzymywać z nami kontakt. Długo nie umiałem pogodzić się z tym, że mężczyzna z nagrań na kasetach VHS, wyznający miłość kobiecie, która dla mnie jest najważniejszą – nagle zmienił zdanie. Bardzo długo po tym umierałem wewnętrznie. Obwiniałem siebie za rozpad małżeństwa rodziców. Chyba jak każde dziecko. Szczególnie, że raz ojciec powiedział mi: “Gdybyś spełnił moje oczekiwania to nadal byłbym z Mamą”. To mnie złamało na kilka lat. Wyrzygałem to u terapeuty dwa lata temu. Po raz pierwszy, od lat, poczułem się wolny.     

 

Nigdy nie napiszę o nim “tata”. Tylko “ojciec”. Mimo że zawdzięczam mu przepiękne dzieciństwo i kawał młodości. Moje dzieciństwo płynęło dobrobytem. Miałem wszystko. Jak Barbie. Barbie zresztą też miałem. W każdym odcieniu. Wakacje spędzaliśmy w Szwecji albo za granicą. Może stąd zakorzeniona we mnie chęć to emigracji. Ja od dziecka mówiłem, że chcę być "słyszany” i mieszkać daleko od Polski. Najpierw chciałem być aktorem, a skończyłem jako pisarzyna. Ale od dziecka miałem widocznie alergię na ciemnogród. Kosmopolita od kołyski. Rówieśnicy w podstawówce mi zazdrościli. Wymyślali mi przezwiska. Od nazwiska, które zmieniłem. Do dzisiaj pamiętam, jak kolega z ławki, Michał, powiedział mi: “Twój stary zarabia więcej niż moi starzy razem wzięci”. Pamiętam też jak w którejś klasie zamiast bułki miałem pieczywo Wasa i wychowawczyni zrobiła na ten temat uwagę. Czułem się skurwiony. Tak samo, kiedy przyszedłem do szkoły w czerwonych sztruksach kupionych wtedy za szwedzkie korony. Wszyscy mnie wytykali palcami. Bo miałem na dupie Pewex. Do dzisiaj nienawidzę sztruksu. To samo było, kiedy miałem na sobie buty do siatkówki jakiejś wybitnej marki. Uwłaczali mi, że noszę ot tak, zamiast na boisku. W Szwecji wszyscy nosili je wtedy na ulicy. Nienawidziłem WF-u. Grałem w tenisa. I jeździłem konno. No i miałem rolki. Zazdrościli. Nienawidzili. Bo mogłem. Ojciec sponsorował mi wszystkie marzenia. W pancerz obrosłem dosyć wcześnie. Dlatego, kiedy ktoś, kogo nie znam, mnie dzisiaj krytykuje, to mam na to wyjebane.   

Mamie zawdzięczam znajomość angielskiego. Od zawsze chciała, żebyśmy uczyli się języków. Na pierwsze lekcje posłano mnie, kiedy miałem z dziewięć, może dziesięć lat. Uczyłem się akcentu u pani profesor. I z piosenek. Ojciec nie mógł zrozumieć, że na pamięć znam angielskie teksty, a nie kumam matematyki i fizyki. A ja i przedmioty ścisłe to była równia pochyła. One mnie nigdy nie interesowały. Tak jak moich polonistek nie interesowała moja zdolność do samodzielnego myślenia. Ostatnio moja wychowawczyni odłożyła łyżkę, jak mawia mój brat. W sensie zmarła. Obeszło mnie to jak zeszłoroczny śnieg, którego w Londynie nie było. Nigdy jej nie lubiłem. Zresztą wzajemnie. Spotkałem ja na bazarze w Polsce ze dwa lata temu. Przedstawiłem się i zapytałem co u niej i czy mnie pamięta. Wiem, że pamiętała. Zawsze była fałszywa. Jak babka od techniki. Wszystkie dzieci wolała po imieniu, tylko mnie po nazwisku. Wychowawczyni dopiero jak dowiedziała się, że startuję do liceum z wybitnie trudnymi egzaminami to zaproponowała korepetycje, a jak zdałem pisemny na piątkę to dała mi wyższą ocenę. Oceniała mnie zazwyczaj na 3+. Pierdolona suka z wstążką na głowie. Wieczny odpoczynek... Rozumiem teraz Chylińską. Tez pokazałbym jej pośmiertnego faka.

 

W dzieciństwie myśmy się mogli bawić wszystkim. G.I. Joe i kucykami Pony. Byłem bardzo szczęśliwym dzieckiem. I artystycznie utalentowanym. W latach 90-tych, o których pisze Maciej Marcisz w swojej książce “Taśmy Rodzinne” podróżowaliśmy bardzo dużo. Zjechaliśmy całą Skandynawie. Przywiozłem stamtąd miłość do zagranicznych marek. I bardzo wiele zabawek. Kochałem wszystko od Versace, po Ralpha Laurena i CK. Do dzisiaj używam tych samych perfum. Pierwszą buteleczkę kupiłem w wieku lat szesnastu. Wydałem na nie wtedy 150 złotych. Za 30 mililitrów. Wszystkie pieniądze od babci, które dostałem na urodziny. Celebrowałem je przez cały rok. Wszyscy moi przyjaciele rozpoznają mnie po zapachu. #signaturefragrance       

 

W latach 90-tych kupiliśmy pierwszą kamerę. JVC - chyba w Szwecji. Nagrywaliśmy wszystko. Tańczę pod trzepakiem w złotych lajkrach i imituję ówczesnego idola – Michaela Jacksona. 1:1. Ćwiczyłem balet i choreografię tańca. Dokoła brawa, dziadkowie, ciotki i wujkowie, siostra mojej Mamy i jej dzieci, najbliżsi mi przyjaciele. Psy – Dora, potem Ares i króliki. Całe mnóstwo królików. Część skończyła jako pasztet. Przetrwał Diadiaszek. Moja miniaturowa, czarna króliczka. Dopuściliśmy do niej kiedyś królika przyjaciół rodziców. Zośkę. Zośka okazała się Zośkiem. Wydymał Diadiaszka. Urodziła trojkę. Jedno martwe, dwoje dzieci było piękne. Wszystko nagrane. Mamy to do dzisiaj na kasetach.  

 

Książka Marcisza to opowieść o latach 90-tych. Kiedy wszystkim wydawało się, że być to znaczy mieć kasę. Ale kasa nigdy nie zastąpi rodzinnych relacji. Takich prawdziwych. To książka o końcu. To smutna opowieść. Pieniądze dają szczęście. Ale pieniądze potrafią zniszczyć człowieka. Szczególnie tego w długach. Dzisiaj wciąż jesteśmy w długach. W jebanej piramidzie Providenta. Pięciominutówka. Weź, pożycz. Zadłuż się na siebie, na matkę, ojca, dziadka i babkę. Marcisz obnaża w swoich “Taśmach” wszystko to, o czym boimy się pomyśleć. To opowieść napisana współczesnym językiem. Opowieść o rozpadzie rodziny, związków oraz samego siebie. Nie wiem, czy pisał to na podstawie własnych doświadczeń, ale kiedy pisze o tym, jak ojciec z książki daje wpierdol swoim dzieciom to budzi się we mnie agresor. To jak czytanie wspomnień Michaela Jacksona, który był gwałcony pasem swojego własnego ojca. W imię miłości? Od kiedy miłość to przekładanie dziecka przez kolano i napierdalanie go aż spuchnie? W Polsce bije się syna albo córkę za swoje własne pogrzebane marzenia. Bo dziecko powinno być spełnieniem swoich własnych pogrzebanych nadziei. Nie inaczej. Marcisz napierdala słowem. Pisze tak, że czytasz i żałujesz, że ta opowieść się skończyła i że nie możesz dać w ryj paru osobom, o których pisze. Przerobiłem wszystko o czym pisze. Może dlatego ta książka jest mi tak bliska. Kupcie ją. I jeszcze raz obejrzyjcie wspomnienia z własnych taśm rodzinnych. 


fot. Ariel Majtas

fot. Ariel Majtas

Bartek Fetysz, Redaktor Naczelny. Autor książki "Obudziłem się trochę podły". Był Editor-at-Large nowojorskiego IDOLL Magazine. Współpracuje z Gońcem Polskim w Londynie i serwisem Plotek. W przeszłości publikował dla portali takich jak Plejada, Przeambitni, Wirtualna Polska, VICE. Publikowały go LS LAIFstyle, GT GayTimes (UK), DJ Magazine, RAZEM, NOIR (UK), RION Magazine (UK), VOGUE Italia, KEIN (Turkey), Glamour, ELLE.