Bartek Fetysz: "HEJTER"

 
„Hejter” to ulubione słowo wszystkich celebrytek/celebrytów i hord ich fanów od mniej więcej 2017 roku w Polsce. Słowo to rozpowszechnił ulubiony śniadaniowy dziennikarz Polaków, Jarosław Kuźniar, który nie wiadomo po co, na co i w jaki sposób zasiadł na kanapie do porannej kromeczki i kawki, ku małej radości jego ówczesnej koleżanki Anny Kalczyńskiej aka Królowej Lodu. Wszak ona przyjmowała w głowie bierzmowanie i chrzty święte z przerażenia, kiedy on tylko otwierał usta. Nawet jak ziewał. Razem tworzyli niezapomniany duet. Według Jarosława, który zresztą zablokował mnie po jednym poście na swoim Twitterze – wszyscy, którzy nie znosili jego aparycji, wymowy, arogancji i ego wielkości koszykarza z NBA – to hejterzy. Teraz robi za polskiego Jamesa Cordena i obwozi ludzi autem po Warszawie rano w Onecie. Bez karaoke. I dobrze, bo dziennikarzem jest akurat znakomitym. Taksówkarzem również. “-Pani Potrzeba? -Słucham? -Taksóweczka czeka! -Ale ja nie zamawiałam...”. Sorry za hejt, Jarek.   
 
Nie wiem, dlaczego, telewizje, radia i media niesamowicie polubiły to słowo i rozpoczęły batalię przeciw niemu, w sensie, zapłać i zwierz się na naszej infolinii, omówimy to przy porannej kawie. TAK czy NIE. HEJT czy nie? Ta akcja przypomniała mi akcję przylep Kropka na telewizor i naświetlaj go za pomocą telewizyjnej radioterapii – bez skutków ubocznych, wygrasz nagrodę. Naświetlanie odbywało się wtedy, gdy TVN nadawał jakiś tam program i wtedy należało rozkraczyć Kropka i dać mu telewizyjne dymanie. Jak został wystarczająco wydymany to można było go wysłać i zdobywać nagrody. Zresztą można ich było naświetlać tyle, ile się chciało. Kropkoorgietka. Takie prawie kolekcjonowanie Pokemonów. Ino bez Pokemonowych walk potem. Zabrakło żetonów na dodatkową frajdę. 
 
„Hate”. Po polsku nienawiść. Wszyscy wiemy, co ono oznacza, mam w końcu inteligentnych Czytelników. Nie mogę pojąć, dlaczego, nagle stworzono słowo „hater”, czyli człowiek, który nienawidzi kogoś, albo czegoś. W Polsce sięgnęło to takich rozmiarów, że nawet spory fiut w erekcji nie jest w stanie sprostać tejże wielkości. Tak zwana konstruktywna krytyka przestała istnieć. Ku uciesze wszystkich celebrytek. Teraz jak masz napompowany ryj tak, że pory masz rozszerzone do wielkości wulkanu, ledwo się uśmiechasz, a czoło spowija Ci zdziwienie jakby nie domyć zastygłego nasienia z nocy poprzedniej i nie masz gimnastyki twarzy, wyglądasz jak Joker, ale ubierasz Polki i wysłuchujesz ich „Wybacz Mi” historii, to jesteś przecież Matką Teresą z Zadupia Górnego. I to nie żaden botoks tylko właśnie zmartwychwstałaś. Odmłodzona po pośmiertnej hibernacji zmarszczek. Jak robisz na ściankach „Wagina Shore”, a za nimi Warszawską Masarkę Chuja Ustami, to przecież zasługujesz na rolę w teatrze i Oskara, sorry, Orła. Mimo, że orły wywijasz tylko za tą ścianką na ustawkach z fotografami. Jak jeździsz do Dubaju, ale kochasz zwierzątka, mimo że lubisz klocki na klatę, i nie mówię tu o Lego, to przecież jesteś Czerwony Krzyż, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Jak dymasz się z jednym dla sławy, ale nie wychodzi, i robisz dziecko z drugim to jesteś Matką Polką. Instagramowym banerem za darmowe wózki. Jak jesteś Matką Polką, ale nie masz aktorskiej kariery i skręcasz lolki, kiedy rada nadzorcza, w postaci ojca, zajmuje się dzieciakami to jesteś EKO zielarką. Kiedy ustawiasz się na randki ze sztywnym palem Azji to jesteś kulturoznawcą albo studentką chujoznawstwa. A jak tych wszystkich opcji nie popierasz jako czytelnik czy felietonista, to jesteś ludzką hybrydą. Podłym chamem. Frustratem. Zazdrośnikiem. Kutasem. Hejterem. 
 
Szanowni Państwo, istnieje coś takiego jak wolność słowa i konstruktywna krytyka. Nie dajmy się zwariować. Jak widzę te wszystkie akcje #stophejtowi albo #artysciprzeciwnienawisci to mam ochotę iść w bulimię i dzisiaj na palec, a jutro na szczoteczkę. Zawsze sprawdzam kto za tymi akcjami pełnymi miłości stoi. Za koncertem przeciwko nienawiści stała moja “ulubiona” piosenkarka, której mąż prawie pozwał mnie za nazwanie jej “królową obłudy”. Bo w tym wypadku, królowa jest tylko jedna. Nie będę za to przepraszać. Bo czy ona kiedykolwiek kogokolwiek przeprosiła? Nie przypominam sobie. Przeprosiłem za obrażenie rodziny – bo tej się nie tyka. Popełniłem błąd, przyznałem się do niego. Szczerze, chociaż niektóre medialne osoby namawiały mnie, aby tego nie robić. Jako poczatkujący dziennikarz zadzwoniłem lat temu wiele do pewnej znanej z rubensowskich kształtów projektantki. Najpierw była wymęczona po imieninach, potem po kolejnej imprezie, potem powiedziała, że oddzwoni i zrobimy wywiad, aż w końcu mi odmówiła i rzekła, że jest zabiegana. Odpowiedziałem, że gdyby biegała to byłaby szczupła. Obraziła się na amen. O co? Kłamałem? Napisałem o sukience Łukasza Jemioła i aukcji charytatywnej – trafiłem na łamy portali plotkarskich. Potem raz jeszcze za opinię na temat polskiego VOGUE’a i jego beznadziejności. A następnie już poleciało: “Bartek Fetysz – piłkarze to zapładniacze szafiarek!”. “Bartek Fetysz i Viola Kopiut – kopiowanie do obciach!”. “Bartek Fetysz nie zostawił suchej nitki na Warnke i Stramowskim”. Bartek Fetysz – ukrywany pedał, frustrat, troglodyta, autor nienawidzący kobiet! Naczelny hejter Internetu. Moment, zsunęła mi się korona, poprawię i przejdźmy do następnego akapitu.       

Ostatnio każdy opowiada o tym nieszczęsnym hejcie, a ja mam ochotę im wszystkim wykrzyczeć: “Nauczcie się wreszcie przyjmować krytykę!”. Wystawiasz dupę publicznie? Ktoś Ci w końcu coś w nią włoży i nie napluje przed. Wypowiadasz się publicznie na jakiś temat? Bierz za to odpowiedzialność – ktoś może się z Toba nie zgodzić. Nie obrażaj się o to. Biorę odpowiedzialność za wszystkie swoje teksty i słowa. Jako felietonista mam prawo do subiektywnego zdania na temat wszystkiego, co udostępniane jest w strefie publicznej. “Panie Bartku, w punkt, ale te przekleństwa, nie da się czytać”. “Ohydny język”. “Fetysz? Kim Ty w ogóle jesteś?”. Rusza mnie to jak nieboszczyka EKG. Na swój temat przeczytałem w sieci już wszystko. Nie robię z siebie ofiary hejtu. 

Proszę mi nie wmawiać, że słowa takie jak „kurwa” czy „ja pierdolę” to słowa brzydkie. Otóż nie, wszak za granicą należą do encyklopedii słowa polskiego i każdy je zna. Mamy naród słownych rottweilerów a co najmniej udajemy jamniczki. Przestańmy banować, jak to się modnie teraz mówi, język, którego używamy na co dzień. Przestańcie też, drodzy celebryci, banować ludzi, którzy mają odmienne zdanie od Waszego, chyba że jadą po bandzie personalnie to od razu zepchnąć i niech się walą. Dlaczego my, media, czytelnicy czy po prostu niezależni dziennikarze i blogerzy, tak zwani ludzie słowa, mamy nie wypowiadać się wprost o tym, że ktoś zrobił sobie z twarzy ZIEMIA, OGIEŃ, WODA, WIATR, SERCE – KAPITAN PLANETA, czy też Alien vs Predator? Czy jeżeli piszę, że pani, która pokazuje na czerwonym dywanie cipkę, nie ma klasy to hejtuję? Nie! Bez nas i bez reprymendy dla mediów promujących patostreamerów i samych zainteresowanych, Proszę Państwa, te kukły, te sztuczne cycki, dupy, Woseby, bo dziewczyny lubią brąz, zajmą miejsce ludzi, o których naprawdę chcemy czytać, bo czegoś dokonali bez plastyki wagin, ust, mózgów. Nie godzę się na to, żeby zoperowana do granic możliwości stylistka, wmawiała mi, że ma dietę git i zmieniła jej rysy twarzy. Nie godzę się na to, żeby jakaś Madka nowej generacji opowiadała mi jak mam chować swoje dzieci w wózkach za pół miliona i czy je szczepić. Nie godzę się na to, żeby jakiś gotowy na emeryturę cwel, wciskał mi jingle w moją wypowiedź, kiedy brakuje mu słów, kiedy mówię coś mądrego. Jingle Bells to się śpiewa w grudniu, a nie, kiedy mordę zalewa suchota i jest gniot. 
 
Od kiedy myślenie stało się hejtowaniem? Zawsze sądziłem, że myślenie to sztuka i że hejterzy to takie anonimowe trolle, bez ryja, bez odwagi i nie na pokaz, a przecież ja – jako ten naczelny – podpisuję się pod wszystkim gębą oraz imieniem i nazwiskiem. Proszę Państwa, to co uprawiam to przede wszystkim sztuka pisania felietonów, czyli subiektywnej formy wypowiedzi. Polega ona na braku hamulców. Joan Rivers uprawiała to również słownie. Była ulubienicą Ameryki. Polsce jednak daleko do Ameryki. Kulturowo. Politycznie blisko. Zaraz zapanuje u nas ciemność średniowiecza. Polska biało-czerwoni, Białystok, miastem rządzi mafia. Nie zamierzam hamować się w życiu. Ani nie zamierzam hamować swojego języka. Czy to jako cham czy bezużyteczny hamulec. Pokładajcie swoje klocki i czasami przyjmijcie na klatę gorzkie słowa. Nie wierzę, że to mówię, bo brzmię jak własna babcia, ale w życiu jednak czasami warto mieć trochę pokory. Oby nie za dużo. Bo zbyt pokorne ciele to czeka na swoją kolej i zdycha z odwodnienia.