Bartek Fetysz: "Dzienniki emigranta I - Virtuti Cebulari"

Listopad 2018. 

Przyleciałem do Polski. Napisałem książkę, kazali promować. Zaprosili na salony. Nawet i do radia. Ja do promowania rwę się jak do hantli – dziękuję, postoję. A jak jeszcze mam promować cokolwiek własną gębą to w ogóle się kurczę jak grono fanów Kuby Wojewódzkiego. Albo finezyjność dowcipów Chajzera Juniora. Ino jak opylić własną książkę w ogóle się z nią nie pokazując? Na to może sobie pozwolić chyba tylko Grochola, Bonda i Mróz. Reszta musi wyjść z jaskiń, podmalować lico i na barykady z Czytelnikami. Za Ojczyznę chciałem rzec, ale powiem - za bułkę z masłem. Bo na książkach to się dzisiaj raczej nie zarabia. Ale na kajzerki styka.  

W Polsce nie byłem rok, przyjechałem zatem trochę jak do ogrodu zoologicznego, który ktoś wyremontował – bardzo ciekawy zmian i w ogóle nowych gatunków ludzi. O ile zmiany budowlane w miastach mnie zaskoczyły, to ludzie nie zaskoczyli mnie wcale. Wręcz przeciwnie – brakowało mi ich różnorodności i kolorów. Tutaj wszystko białe, a raczej szare i jakieś takie zapadnięte. Już na lotnisku widać typowego Sebę, który na twarzy ma wypisany kod kreskowy “Polska PANY” albo “CHWDP” i jest z tego zajebiście dumny na “swoich” ziemiach wśród przerażonych obcych, którzy nagle czują się otoczeni drutem kolczastym biało-czerwonych spojrzeń. Zagranicą od takich najlepiej jak najdalej, a w Polsce natychmiast tylko krzyczeć “Legia/Lech/Widzew, Polska gola!” bo tylko wtedy wiedzą, że jesteś swój i nie gryzą oczami. Jak komentujesz głośno obcokrajowców to jeszcze lepiej. Od razu porozumienie stron.  

Na pierwszy ogień Warszawa i Warsaw Fashion Unique Bazaar, czyli Dorota Wróblewska, Wioletta Podgórska, Magda Polańska i moda w Elektrownia Powiśle. Co powstaje z połączenia sił kobiet? Zazwyczaj rewolucja. I w Warszawie taka rewolucja, na światowym poziomie nastąpiła. Organizacja pierwszego, sobotniego wieczoru była doskonała, goście dopisali, a pokazy mody Jaroszewskiej czy Ptaszka naprawdę mnie zachwyciły. Ta pierwsza tkaniny ściągnęła od Chanel i to bogactwo widać było na wybiegu. Natalia to klasa sama w sobie. Ptaszek to kompletnie inna bajka, rebelia, odważne cięcia, jestem fanem od wielu lat, mam w szafie. Towarzyszył mi Oskar Netkowski z WP oraz moja przyjaciółka, malarka, Ulka Kamińska. Wszyscy myśleli, że jesteśmy stylistami. Wystarczy założyć bluzę Versace i od razu nobilitacja – od gryzipiórka do znawcy mody. Ulka w ogóle wygląda jak superstar, a Netkowski bez wąsa jak z edytorialu, ale woli jednak pieścić tego piczodrapka i wtedy nieco przypomina Dawida Podsiadło, chociaż jest ładniejszy. Ale do sedna. Pokazy zapowiadała Joanna Racewicz i ja siedząc w pierwszym rzędzie nie słyszałem, co ona mówi albo co mówią wywołane na scenę organizatorki przedsięwzięcia, bo banda jakiś buraków przyszła sobie porozmawiać na tyłach. Tak naprawdę czekali chyba na darmową najebkę, która zaczynała się po pokazach. Imprezę sponsorowała marka Carlo Rossi - dostawca wina na nielimitowane kielony. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji na London Fashion Week, bo na świecie ma się dla projektanta szacunek – zaczyna się pokaz, zamyka się ryja. A w Polsce zaczyna się pokaz, a wtedy cebulandia ma najwięcej do powiedzenia. Czy tak okazuje się szacunek komuś, kto nad kolekcją pracuje często sześć miesięcy, żeby szanownemu ludzkiemu warzywniakowi ją przedstawić? Pierwszy biłem Racewicz brawa, kiedy zwróciła hołocie uwagę. Wstyd. I nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. To samo miało miejsce drugiego dnia, przy spotkaniach autorskich. Ja wiem, że moje nazwisko nic nie znaczy, ale sytuacja taka. Najpierw spotkanie miały Dorota Wróblewska i Agnieszka L. Janas – promowały właśnie wydane “Drzwi do Stylu”. Publika siedzi, a za mną ktoś rozmawia sobie przez telefon. Miałem ochotę wyrwać mu ten telefon z ręki i światowo jebnać mu jak Naomi. Prosto w czoło. Iphonetality. Jednorożec do końca życia, punkowe uderzenie. Prosto z Camden. Dorota pod koniec zapowiada mnie, a ja zezuję z nerwów w głowie. I kiedy wstaję i udaję się zająć miejsce na kanapie publika wstaje i wychodzi. Przynajmniej jej część. Tak trochę jak w mordę, ale biorę na klatę. Kiedy idę na warsztaty czy na serię pokazów mody to na wszystkie, a nie, że nagle ewakuacja. Nie musiałem przecież przychodzić na rozmowę Doroty, mogłem wparować tylko na swoje posiedzenie, światowo spóźniony, na 14.30 z gębą w kształcie YO MANDEM, AJM SORY AJM LEJT AJM FROM LANDAN, INNIT? Siadłem na tej kanapie, wtopiłem się w siebie, show must go on. Monika Ptaszek odziała mnie w najnowszą kolekcję i jak Oskar odbierał mnie z hotelu to mówi: Wyglądasz jak milion dolarów. Ja się czułem jak pięćdziesiąt centów, bo strasznie się nawaliłem poprzedniego dnia. Rada dla wszystkich, którzy mają na drugi dzień zaplanowane medialne spotkanie: NIE NAJEBUJCIE SIĘ PRZEZ TYDZIEŃ! Bo to wyjdzie na zdjęciach. Odziany w najnowszą kolekcję Ptaszka (spodnie kupiłem, wypożyczyłem ino marynarkę) postanowiłem zadać sobie szyku i odwodniony zapiąłem się pod szyję w koszuli Versace. I dostałem wodogłowia. Odciąłem sobie przepływ tlenu i wyglądałem jak jakiś wujek Seba na zdjęciach. Do dzisiaj nie wiem, jak można tak obrzydliwe czyjeś zdjęcia puścić do mediów. Ale o tym napiszę innym razem. Wyglądam na nich jak w zaawansowanej chorobie alkoholowej. W trakcie rozmowy ręce trzęsły mi się tak, że nie wiedziałem czy przyjechałem o książce opowiadać czy walić konia. Dorota, dziękuję za to spotkanie. To była przyjemność rozmawiać z kimś tak przygotowanym. To ostatnio rzadko spotykane w kraju, szczególnie w trakcie wywiadów na kanapach. Nie tylko śniadaniowych. Nie pamiętam ani słowa z tego co opowiadałem, bo działałem w amoku. Zapytałem najpierw czy na sali są dzieci, a potem ze dwa lub trzy razy siarczyście przekląłem. Normalnie jak jakiś pedofil na tyłach zakrystii. Przetrwałem jednak mimo wielu potyczek. Pierwsze koty za płoty. I nagle, po rozmowie normalnie zlot nad fetyszowym gniazdem i wielkie gratulacje. Patrzę na te gęby i żadnej nie rozpoznaję. Przecież ja nie Stevie Wonder, wiem kto siedział, wiem kto słuchał, a tu słodkie szczebiotanie, och, wspaniale, bosko, cudownie, kiedy książka, na wywiad zapraszam, wszystkiego słuchaliśmy z podziwem, co za odwaga! Szkoda, tylko że na tyłach w ogóle nie było mnie słychać. Byłem tam wcześniej i sprawdzałem. Oni pewnie nie wiedzieli, że ja o tym wiem i przylecieli złożyć fałszywe gratulacje. Ja zaś w głowie pokazywałem im całkiem prawdziwego i szczerego faka. Tym, którzy gratulowali szczerze z całego serca dziękuję. Przez trzy lata pracowałem w perfumach – potrafię odróżnić zapach prawdy od słownego fermentu.  

W Poznaniu mieszkałem osiem lat zanim wyjechałem łajdaczyć się w Londynie, jak twierdzi mój ojciec. Pojechałem do miasta doznań prosto z Warszawy. Do przyjaciół. Oczekiwanie na Ubera – 22 minuty. Bez sensu tyle czekać, zimno. Wsiadamy, albo raczej chcemy wsiąść do taryfiarza przy dworcu. Odległość mieszkania od dworca – 15 minut z buta. Pytam za ile kurs. Jeden z trzech, o twarzy opróżnionego właśnie jabola, mówi, że 3 dychy. Za 3 dychy to ja se pół Poznania okrążam Uberem. Idziemy do następnego. Stoi ich z piętnaście. Zaczepiam jednego w środku. Podaję adres i pytam za ile nas zawiezie, ten rzuca, że kurs tam kosztuje dychę, ale on nie jest wolny. Spoglądam na tą męską mimozę, patrzcie no jaka wschodnio-europejska Linda Evangelista, za mniej niż trzy dychy nie odpala swojego Batmobile z silnikiem golfa trojki. Idę do kolejnego, ten też zajęty w samotności. Czeka chyba na kurs do Franciszka w Rzymie i błogosławieństwo w gratisie. Nie zdarzyło mi się nigdy, żeby mi ktoś odmówił kursu. Nawet z bloku do bloku, a tu proszę. Odmowa. Taryfiarska pierdolona szlachta. Ale z maciory świnki morskiej nie zrobisz tak jak z braku kultury i szacunku do klienta ich nie ulepisz. Bogu dzięki za autobusy.  

Jadę kilka dni potem do domu. Idę z Kilerem na zakupy. Spożywcze. Mało jem mięsa, ale polskiej kiełbasy odmówić sobie jeszcze nie umiem. W świętokrzyskim, skąd pochodzę robi się na tej kiełbasie, tak zwany, barszcz z kapusty kiszonej. Podaje się go z ziemniakami z cebulką na drugim talerzu. Łyżka zupy i łyżka ziemniaków. Orgazm. Mój dziadek Edek, świętej pamięci, nienawidził jak się te ziemniaki mieszało z tym barszczem. Zawsze mówił: Ale robisz berbeluchę. Kiler robi ten barszcz po mistrzowsku. Gdybym miał jeść jedną potrawę do końca życia, to byłby to właśnie ten barszcz. Idziemy zatem po kiełbasę – bez niej, po wegańsku, to właśnie taka berbelucha wychodzi. Przy stoisku z padliną kolejka. Jakiś facet z tyłu widząc, że z przodu kogoś obsługują idzie prosto tam, a tu nagle wrzask: PANIE, A PAN GDZIE?! TU KOLEJKA JEST, TU WSZYSCY CZEKAMY, DO TYLU PROSZĘ! Patrzę kto tak strzela pociskiem słownym i oburzeniem, a tu stoi, typowy Andrzej, w kurtce o rozmiar za małej, sam jak szynka peklowana wygląda. Wańc ściśnięty pod puchem, ino pasek poluzować to jak pierdolnie o beton to stopy połamie i dziurę jak po atomie zostawi, ale pierwszy do chabaniny. Lament ze strachu, że jakby mu przyszło minutę dłużej czekać to schudnie. Strach się bać. Kupujemy co nasze i na odchodne krzyczę: Miłego dnia WSZYSTKIM Państwu życzę! Najlepszy spray na prostactwo to kultura.  

Po latach na emigracji, mnie naprawdę drażni zapach cebuli. Te podkowy ust, ten buldog na twarzy zamiast filharmonii zębów jak w krajach cywilizowanych. Dlaczego my się do siebie nie uśmiechamy albo nie okazujemy szacunku? Czy uśmiech jako grymas boli? Każdy ino patrzy jak byczek Fernando, gdzie tu upierdolić. A jak już osiągasz jakiś sukces to zapomnij o widowni. Wszyscy wstają i wychodzą. Jak zaś napiszesz książkę, to chcą – ale za darmo. Nie masz kopii dla koleżanki, z którą się nie widziałeś 20 lat? I zbiorowe zaproszenia do znajomych na FB. Sorry, ale skoro nie mieliśmy kontaktu przez te lata to czego ode mnie teraz chcesz? Oj, zobaczyłeś/aś mój tekst u Korwin Piotrowskiej albo u Jandy? Dziękuję za wiadomość, ale nas nic nie łączy, nigdy nie łączyło, oprócz ewentualnie szkolnej ławki, w której się nie lubiliśmy. Wypierdalaj. Proszę mnie nie dodawać do znajomych. Chcesz wiedzieć co u mnie – śledź moją stronę. Jest publiczna. Moje życie prywatne jest PRYWATNE. Zaklepane dla mnie i grona, które sam sobie wybiorę. Nic osobistego. Z drugiej strony, kiedy zaś klepiesz biedę i depresję, to wszyscy zasiadają i wysyłają esemesy, tej, pacz na tego z Landanu, szybko kurwa, włącz se telewizor. Cebula szczęścia nie lubi. Tylko ewentualne opalanie jej do niedzielnego rosołku.