Bartek Fetysz: "Twarz (NIE) Estetyczna"

"Moje ciało, moja sprawa". Kiedy ktoś wtyka w nas konwenanse, próbuje zszyć nicią dentystyczną, żeby obeszło się bez zakażenia, stajemy murem, nie zgadzamy się na nowy Dekalog. I kiedy innej kobiecie ktoś drutami przebiera między nogami, chce szydełkować jej życie, piszemy listy do kolorowych magazynów, wszyscy jesteśmy feministkami. A co, kiedy wtyka się nam ściemy? Opowiada o cudach? Czy to nie gwałt na przekolorowanym już świecie? Psychice młodych dziewczyn? Czy ostrzyknięta do bólu twarz publiczna ma prawo być swoją sprawą i opowiadać o cudach natury, która je spotkała? Osoba publiczna to twarz publiczna, pracuje przecież licem, to nim reklamuje swoje usługi i markę. No i lekarza. Często legalnego oprawcę, który w strzykawce ma wszelakie zalecenia. 

Żyjemy w czasach, kiedy chirurgia plastyczna nie ma granic. Tak jak i medycyna estetyczna. Keine Grenzen, ale bez Michała Wiśniewskiego i punktów na Eurowizji. Nie będzie występu w finałach. Chirurg Week mamy co weekend na ściankach. Trendów lansowanych w danym sezonie jest więcej niż światowych wydań VOGUE’a. I zawsze zła jest cała publika, która ma coś do powiedzenia i która szydzi widząc zważone rysy jak po wewnętrznej fermentacji tkanek. Podli ludzie, źli, hejterzy. A one przecież takie biedne, takie wyśmiewane, naturalne jak poskładane prześcieradła w Ikei. Policzki jak chomiki po wyścigu po czipsy przed zimą. Drogie Panie, luster nie macie? Przecież ludzie nie są ślepi. Ile można dawać się nabierać na dary losu i Matkę Naturę? Przecież my, czytelnicy, obserwatorzy, fani, dziennikarze, blogerzy, followersi* (*jak zwał tak zwał, niepotrzebne skreślić) widzimy, że to pic na igłę, kiedy obserwujemy pontony opowiadające, że nadal utrzymują się na wodzie, bo zeżarły liść sałaty. Albo mają uczulenie na pomidory i dlatego wyglądają jak pelargonie po deszczu. Albo pomalowały się pomadką z gówna kangura, i oszataniały. Albo twarz, która wcześniej wyglądała jak moszna siedemdziesięciolatka po prysznicu, wygładziła się po maseczce z soku z napletka dinozaura z Kambodży. Albo piersi typu zero i nagle pęcznieją. Nażarła się fasoli, jedno pierdniecie i magiczna sztuczka - zamiast wyjść dupą - gazy poszły w klatę. Przecież to nie rusztowanie stanika tylko silikonowe owoce z Tajlandii pod skórą. Każdy wie, że to wszystko ściema, po co opowiadać farmazony? Nie można usiąść i się przyznać? Widać przecież, że to na pewno nie nowa dieta tylko zmiana podwozia, bo tunning widoczny jest gołym okiem. I są śmichy chichy, kiedy one ledwo mówią. Opony ust zmienione z letnich na zimowe. Silikonowe alufelgi przymocowane do stelaży twarzy. Naciągnęła się jak gacie na za dużą dupę, czoło błyszczy jak psu jajca. Joker, Batman, X-man, kobieta kot, Barbie.  

W mediach mamy kilka takich niuń, których twarze uległy w ciągu ostatnich lat radykalnym przemianom. Jako publiczność byliśmy świadkami formatowania ich twarzowych dysków. Jest też Internet i zdjęcia przed i po. Pamiętamy. Za przykład podać można polskiego Dżokera i polską Wersacze. Obie fantazje szalonego plastyka zaprzeczają jak tylko mogą ingerencji strzykawek. Joga, dieta, kosmetyki z łożyska żyrafy, mimika wykrochmalona na sztorc. Wyglądają jak koszule po wizycie u magla. I patrzę na co niektóre i normalnie się zastanawiam, czy one w ogóle widzą? Uraczone Volumenem i wypełniaczami jak gęsi przed foie gras stoją ufiokowane, wyprasowane, za uszami zabliźniona kotlina Kongo, pod cyckami Rów Mariański, szwy wychodzą na jaw, ale gdzież tam, nie istnieją. NIEPRAWDA. I tu konsternacja, bo przecież wszystkie mają archiwa u lekarzy plastyków i estetyków i to bez pseudonimu Bolek. I następuje żal do publiki, że rozpoczyna medialne biesiadowanie. Podły naród, jeździ palcem po atlasie twarzy i ocenia. Oto bowiem publika widzi sole mineralne, wypełniacze, E20, botoksy, wstrzykiwacze, mutacje, GMO, DNA kosmity, Alien vs Predator, Marsjanie atakują. A tu ich wcale nie ma! Biegły, podaj basen! Celebrytki powinny mieć z tyły głowy etykiety, jak produkty w sklepie, żeby każdy mógł zobaczyć ich skład. A nie, przychodzi taka Mystique co tydzień w nowym wcieleniu, ale twierdzi, że to czkawka. I na czerwonym dywanie opowiada: „Dieta zmieniła mi rysy twarzy”. „Jeszcze nie muszę korzystać z medycyny estetycznej”. „Mam korzenie z Marsa”. „Rysy po Mamie z Silikonowa Dolnego”. “Wszystko naturalne, mejd in Poland, eko-sreko". I te wszystkie kobiety, które potrafią czytać wpadają w kompleks istnienia, no bo tamte takie piękne i naturalne, a ja naturalna i taka nieszczęśliwa, wsadzę głowę do ula, może usta urosną. I latają, ustawiają się w kolejki do lekarzy, a lekarze kanciarze wymyślają co mogą zrobić, żeby napchać botoksu i mamony. Bo każdy kompleks to tysiaczek, każdy zastrzyk ma nowych wakacji smaczek. Czy powstanie wreszcie lista lekarzy, którzy krzywdzą kobiety? Jakiś czas temu oglądałem ostatni klip Cheryl (kiedyś Cole, potem Fernadez-Versini, teraz sam nie wiem) i zastanawiałem się, kto ośmielił się tak skrzywdzić piękną kobietę. Z naturalnej piękności z uzależnieniem od tresek stała się Michaelem Jacksonem. Taki sam los spotyka większość angielskich celebrytek. Te dziewczyny z reality shows mają po dwadzieścia parę lat, a wyglądają jak zużyte MILFy z niemieckiego porno biznesu. Molly-Mae z Love Island ma dziewiętnaście lat. Google – sami zobaczycie. Czy one same się sobie podobają? Czy komuś, kto tworzy takie czy inne Jokery to się podoba? Czy lekarz nie powinien być lustrem, lekarstwem dla duszy? Czy możemy zacząć odbierać prawo do wykonywania zawodu? Co to za lekarz, który się doszukuje w pacjentce wiecznych szkopułów? Zwykły molestant. Weinstein twarzy. 

Twarz publiczna stała się własnością lekarzy z dłutami. Jazda artystyczna skalpelem po mordach znanych osób. Z twarzy osób publicznych robią sedesy. A te kobiece sztalugi płaczą, bo publika siada, zżyma się i ładuje dwójkę z komentarzy. Nie ma łaski. Nie ma „Wybacz Mi” i łkającej Anny Maruszeczko. Lecz żywa Maska Zorro wciąż mówi, że to tak od urodzenia. A lekarz zaciera tylko rączki. Przypatrzcie się trójkątnym brodom polowy polskich celebrytek. Wszystkie maja wstrzyknięty podskórny cement. Twarz piramida. Illuminati. Dzisiaj, medycyna estetyczna jest jak kleszcz i wsysa wyniszczenie. Psycholiozę. Zanieczyszczoną wizję własnej osoby, ponakłuwaną w barterze. Sieje spustoszenie myśli, niezmarszczenie czoła, dłutuje mózg, przebija zwoje własnej wartości i wypruwa flaki. Bezimiennie. Taki wirus w lekarskim kitlu. Chirurgia nie ma granic. Niech leje się krew. Zagłada świata. Klonowanie. Co druga to Kardaszjanka. Publika zachwycona. I wszystkie drogi prowadzą pod skalpel. Niektórym celebrytkom naprawdę współczuję. Anielski orszak już twarz Waszą niesie… 

Ps. Na zdjęciu ja, sfotoszopowany chłop, lat 30, bo zdjęcie stare. Tytuł: “Ten raz, kiedy Fetysz był Kenem i jak Barbie miał wszystko”. Nawet oczy tęskniące za rozumem.