Niewyparzona Pudernica: "Kanapowiec pospolity"

Archiwum

Archiwum

Coraz częściej słyszę pytanie o to jak dostałam się do telewizji. Odpowiedź jest prosta, krajową siedemnastką. Nie żeby kilkukrotne polerowanie pośladami kanapy w śniadaniówce było jakimś osiągnięciem życia, ale jednak nie jeden chciałby być na moim miejscu. I słyszę potem milion pytań jak to zrobić. Nie wiem, poważnie. Ja po prostu pisze i ktoś to czyta, czytają też ludzie z mediów tradycyjnych. Potem Ci ludzie do mnie dzwonią, a ja jadę na kanapę. Jadę, bo to może być moja szansa, a szansy się nie olewa. Nie mam znajomości, a nawet jeśli je mam, to honor nie pozwala mi ich wykorzystać. Nie mam milionów na koncie. Nie mam bogatego męża ani wpływowych starych. Wszystko co mogę zrobić, to robić dobrze to co robię - pisać. Jak coś się robi dobrze, to nie może być źle. 

No to jadę. Do takiej telewizji śniadaniowej, niezależnie od stacji, nie można sobie ot tak wejść. Trzeba mieć przepustkę. Jak już przejdziesz przez bramki i nie masz przy sobie przypadkiem bomby ani kokainy to widzisz przed sobą kanapę. Zanim usadzisz na kanapie swój zadek, czeka Cię jeszcze kawa, herbata, makijaż i papiery do podpisania. Dostajesz coś do picia i siadasz przed lustrem, a pani od mejkapów robi Ci z przaśnego ryja, gębę żony Hollywood. Jeszcze tylko włosy i jesteśmy w domu. To znaczy na tej kanapie, którą nie jeden chciałby pośladami dotknąć. Wszystko odbywa się w pośpiechu. Tutaj nie ma czasu na dobieranie szminki pod kolor gaci. Kolejne pięciominutowe gwiazdy czekają w kolejce. Czekają też gwiazdy wieloletnie. Ostatnio minęłam się z Marylą Rodowicz. Można ją lubić, można nie, ale to jest artystka, która od lat nie schodzi ze sceny. Gdzie tam komuś do jej gwiazdorzenia! Teraz to gwiazdy jednego przeboju, jednego sezonu, pięciominutówki. I ja to swoje pięć minut chcę przeciągnąć chociaż do czterdziestu. 

Papiery. Musisz podpisać zgodę na wykorzystanie wizerunku. Kwity na zwrot kosztów dojazdu. Milion tabelek i okienek. Przez te pięć minut lśnisz. Masz prywatnego kierowcę, hotel, wszyscy mówią Ci dzień dobry. Pani maluje Ci ładną twarz na tej Twojej, zwyczajnej. Druga pani dba o Twoje włosy. I 3, 2, 1! Za chwilę wchodzimy. Jeszcze tylko mikrofon, panowie o zimnych rękach smyrają Cię po plecach. Siadasz na kanapie marzeń. Masz jeszcze kilka minut. Właśnie kończy się ujęcie z drugiej strony studia. I pyk, kamery przeskakują w Twoim kierunku. Wkładam uśmiech numer trzy i zaraz zobaczy mnie cała Polska. 

Podziwiam operatorów. Jak oni zgrabnie skaczą z tymi kamerami wielkimi jak ego niektórych gwiazd! Szybko przemieszczają się z kąta w kąt. Robią to zwinnie, z gracją. I jedziemy! Musisz się wgryźć. Nie możesz dać się zagadać innym. Możesz oczywiście siedzieć tam cicho, ale jaki to ma sens? Żeby nie wyjść na chama, musisz wtrącać się z taką samą gracją jak operatorzy pokonują kable na swojej drodze. Musisz wykorzystać swoje pięć minut. Trema? Nie mam tremy. To zwykła rozmowa i wszyscy są dla mnie mili. Czy są mili, bo są mili, czy są mili, bo muszą, tego nie wiem. Nie interesują mnie niczyje intencje, chcę wykorzystać swój czas na sto procent. Dlaczego się nie stresuję? Nie mam czym. Kilkanaście osób nie robi na mnie wrażenia. Kilku panów z kamerami, kilka osób wchodzi, kilka wychodzi. Ktoś kręci się na drugim końcu studia. Ciągle coś się dzieje, a ja mówię. Gadam sobie na lajcie, bo przecież nie widzę tych wszystkich ludzi przed telewizorami, więc czym się mam stresować? 

Żeby nie wyglądać jak stukilogramowy głaz należy usiąść na brzegu kanapy i ładnie zaplątać nóżki. Nigdy o tym nie pamiętam. Pamiętam, ale nie zawsze chce mi się skupiać na idealnym supełku z kolan. 

Po wszystkim jest jeszcze chwila na wspólną fotkę. Potem czas na zdjęcia z fotografem. Potem możesz sobie już iść. Kierowca odwozi Cię do hotelu. Koniec gwiazdorzenia. Ściągam dress, wkładam dres i znowu jestem zwykłą wieśniarą. 

Wrzucam foteczki na Instagram, wrzucam na Facebooka. Jeszcze te 3 minuty sławy i pochwał żeby połechtać swoje ego. Czasami jest miło. Czasami czytam, że za gruba, za chuda, za ładna, za brzydka, sukienka była za krótka, dekolt za duży, szpilki o 1,5 centymetra za wysokie, a włosy źle mi się ułożyły. A potem czytam, że jestem idiotką, że pewnie mam sponsora, że zapłaciłam żeby wzięli mnie na kanapę, że ktoś mi to załatwił. Niezależnie do której stacji telewizyjnej pójdę, zawsze znajdzie się jakiś jej przeciwnik, który miłosiernie obrzuci mnie kamieniami. Zabawne. Śmieje się z tego. Nigdy nie dowiedziałam się o sobie tylu ciekawych rzeczy, co z komentarzy na Pudelku. Mamy fantastyczny naród, ludziom fantazji tu nie brakuje. 

A ja? A ja łapię swoje 5 minut. Oczywiście, że pójdę do śniadaniówki. Oczywiście, że poszłabym nawet do Wojewódzkiego, bo łudzę się, że nie ma nagrań z samego rana. Pójdę wszędzie gdzie mnie zaproszą, bo chcę pokazać, że się da. Że da się być zwykłym człowiekiem, który robi to, co kocha i z tego żyje. Że da się wybić bez znajomości. Że da się osiągnąć sukces bez ogromnego zaplecza finansowego. Oczywiście, że się da! Moja droga jest wyboista jak ta krajowa siedemnastka w remoncie, którą jeżdżę do Warszawy, ale widać postępy! 

I tylko to poranne wstawanie może wkurwiać. 


profiowe Pudi.jpg

Niewyparzona Pudernica - blogerka i fetyszystka kanap w programach śniadaniowych.

You Tube

Blog

Facebook

Instagram