Bartek Fetysz: "Wegetysz"

grafika: Paweł Jaskólski

grafika: Paweł Jaskólski

Postanowiłem jakiś czas temu zostać weganinem. Naczytałem się dawno temu o konflikcie Barbie Rozenek-Majdan z ekologiczną i prozwierzęcą Pat&Rusin i postanowiłem wesprzeć jedną ze stron. Żartuję. Od dawna o tym myślałem. Niedzisiejszy już konflikt obu, zaskoczył mnie o tyle, że Lwice TVN-u postanowiły stanąć w szranki. Co na to Miszczak? Rusin zdarła skórę z Małgoni i zrobiła sobie z niej torebkę. Wszak skóra to resztki zarzynanych zwierząt i nie wypada jej wyrzucać, trzeba nosić. Taka ekologiczna filozofia. Czekałem aż ta druga zrobi sobie z Kingi porcelanę, ale jednak poszła do innej fabryki. Bowiem oto Rozenek-Majdan ma kolejny talent – jest projektantką porcelany. Czekam aż przeprowadzi się do Chodzieży albo Ćmielowa, aby być bliżej fabryk i produkcji. 


Ten cały medialny konflikt spowodował, że zacząłem się zastanawiać, czy moje kupne avocado boli, kiedy je kroję. Czy arbuz cierpi? A co z pomidorami? Czy potas łzawi? Albo ziemniaczana skrobia? Czy witamina C kwili między siekaczami? A co z witaminą B? Tyle pytań. Tak mało odpowiedzi. Porcelana zaś w domu z Ćmielowa, bo stamtąd pochodzę i układam sobie na ćmielowskiej Marii Teresie pokrojone warzywa i owoce. Fetysz ćmielowski OG, nie tam jakaś posrebrzana Małgosia. Jej porcelana jest potrzebna jak nowe zdjęcia w sieci. Bezużyteczna. Bo złoceń czy srebrzeń do mikrofali nie włożysz. Bye Felicia. Sorry, Gonia.     


Wstałem, wziąłem prysznic, ubrałem się i poszedłem do pracy. Prysznic był krótki, wszak woda to cud i nie mają jej tyle, ile my mamy, na przykład w Afryce. Wodę trzeba szanować. Charlize Theron sama mawia, jak i Alicia Silverstone, że jak żółte, to zostawia, a jak brązowe to spłukuje. Ja zawsze spłukuję, wszak dzielę mieszkanie z dwójką innych osób, bo tyle się zarabia w polskich mediach, że nie stać Cię na wynajem mieszkania w pojedynkę. Wyszedłem z tego spłukanego mieszkania do pracy z silnym postanowieniem, że od dzisiaj zaczynam swój wegański byt. Pół godziny rozważałem, czy wypada mi założyć skórzaną ramoneskę, którą dostałem od Matthew Williamsona ponad jedenaście lat temu. Wygrał weganizm. Założyłem denim od Bossa z lumpa, na którym Ulka namalowała mi Kate Moss. Jako że z rana, udałem się po kawę. Ja nie pijam normalnie kawy, wszak jestem po niej hiperaktywny. Nieważne. Poprosiłem o latte. I pytają mnie z jakim mlekiem, więc ja dumnie odpowiadam, jako nowy weganin, że z sojowym. Biorę ten kubek, bez żadnej słomki, wszak te są mało ekologiczne i zmierzam do roboty. Pierwszy łyk i od razu gorzkie żale podniebienia. Przecież to kurwa smakuje jak starty w proch ołówek zmieszany z wodą i podgrzany w mikrofalówce! Wypiłem. Kofeina zrobiła swoje, ale cały dzień czułem się wyruchany przez drewno, z którego zrobiony jest ołówek. Czy drewno jest wegańskie? To pytanie padnie jeszcze kilka razy, wszak jest to felieton zabawny i bawię się pisząc go pijąc gin, bo koleżanka zatwardziała weganka powiedziała mi, że większość win nie jest wege więc przestałem je (dzisiaj) pić. Kłamię. Piję cabernet savignon za 6.50 funtów. Jestem tani.  


Lunch time. Przerwa godzinna. Udaję się do sklepu. Patrzą na mnie kanapki. Wszystkie “ze” serem. Ale przecież ser to zastygnięta ropa. I to od dojonej mechanicznie krowy. Tak mówili w dokumencie na Netflixie. Czyli nie. Myślę se, opierdolę jakąś czekoladę, Snickersa, przestanę być divą. Albo dziwą, po polsku. No ale czekolada jest pochodzenia zwierzęcego. Nie można. Tosta se zatem zjem z miodem. Nie można. Miód od pszczół. Patrzę na zewnątrz, kwiatki rosną, może wpierdolę kwiatki? No ale jak wpierdolę kwiatki, to pszczoły nie będą się miały czym żywic, a wiadomo, że jak pszczoły wyginą, to zaraz po nich my. Stawiam zatem na wodę. Kupuję cały litr. Po litrze wódki chodziłbym jak nakręcony, slalomem, a taka woda mineralna to mnie odżywi, myślę sobie i wewnątrz siebie się cieszę jak dziecko. Mój nowy wegański organizm uśmiecha się do mnie od nerek po wątrobę. Odkręcam butelkę i nagle nowe fakty w głowie! Przecież to plastik! Przecież w wodzie żyją ryby! Nie będę wypijać ich domu! I w ten sposób postanawiam pościć. Kupuję brokuły i makaron i zastanawiam się, czy makaron nie zacznie krzyczeć do mnie ze wrzątku tak jak i brokuły. Naoglądał się Fetysz kreskówek o mówiącym jedzeniu i teraz cierpi. Ale gotuję te smakołyki - milczą. Tak jak pomidory, kabaczki i czosnek, które dodaję do dania. Nalewam sobie wina, które według Google jest wegańskie (kupuję to polecone) i włączam film, który z kolei poleca mi moja przyjaciółka Chrissie. Film nazywa się “Captain Fantastic”. Siedzę zatem z parującym talerzem przed ekranem, zaczynam konsumpcję, a tu w ciągu 40 sekund jakiś chłopiec zarzyna jelenia, jedzie mu nożem po gardle, krew wszędzie i za chwilę konsumuje jego wnętrzności. No i ja już wiem, że mój pierwszy wegański dzień rozpocznie się postem. Nie licząc wina. 


Jestem wegetarianinem. Od jakiegoś miesiąca. Wcześniej, zanim było to modne byłem przez 9 lat. Wypadły mi włosy, anemia, te sprawy. Nie było takiej wiedzy i dostępności takich produktów.  Ale wrócę na moment do lwic TVN-u, aka dziennikarki Rusin i wszystkoterki Rozenek-Majdan (o pomyśle na wywiad, który mi został ukradziony też będzie wkrótce – nie odpuszczę). W ich konflikcie zaskoczyło mnie jedno. Mianowicie to, że naczelna złota rączka polskiego show biznesu jest taka nie-pro-zwierzęca. Ale jeśli biega się galopem po medialnym parkiecie reklam tak jak ona, to trzeba wziąć pod uwagę jedno - można się poślizgnąć i wypierdolić. Pysiulek-Barbie zaliczyła glebę. Dostała niezamówioną mięsną zupę z komentarzy. I wciąż dostaje dania, na które nie ma ochoty. No tak, hejt. Na okładce ostatniego WPROST jest Doda, ofiara hejtu. Artystka przeciwko nienawiści. To wystarczający dowcip w tym kraju. Uważam zatem, że obie, Kinga i Małgosia, powinny sobie urządzić spotkanie w jakimś SPA i zrobić PAT&RUB. Dla ducha, ciała i umysłu. Nic nie łagodzi konfliktów tak jak wspólny masaż. A co do mnie, weganizm jest zbyt hardkorowy. Wracam do wegetarianizmu na początek. Bez sztuczności, bez mięsa, bez reklam o zdrowym trybie życia sponsorowanym przez medialne twarze za pieniądze. Ino boje się, że po tym tekście nie będę miał dokąd wracać. 


fot. Ariel Majtas

fot. Ariel Majtas

Bartek Fetysz, Redaktor Naczelny. Autor książki "Obudziłem się trochę podły". Był Editor-at-Large nowojorskiego IDOLL Magazine. Współpracuje z Gońcem Polskim w Londynie i serwisem Plotek. W przeszłości publikował dla portali takich jak Plejada, Przeambitni, Wirtualna Polska, VICE. Publikowały go LS LAIFstyle, GT GayTimes (UK), DJ Magazine, RAZEM, NOIR (UK), RION Magazine (UK), VOGUE Italia, KEIN (Turkey), Glamour, ELLE.