Fiolka Najdenowicz: "Mózg Na Talerzu"

Siedzę sobie, opierdalam się błogo na fejsbuniu, a tu nagle pisze do mnie moja kumpela, oczy mi wychodzą z orbit, a szczęka opada na kołdrę:

table.jpg

 

“Hej Fioluś... pomyślałam, że się z Tobą podzielę... bo nie wiem czemu, ale Tobie przyjdzie mi najłatwiej powiedzieć, że się mega pomyliłam... Bardzo... No ale oczywiście nie będę się obwiniać... Bo to głupie... Bardzo byłam zaślepiona wegańską dietą... Im więcej czytam, tym bardziej dostrzegam zależność cukrzycy mojego synka (dzieciak ma niespełna 10 lat) z weganizmem i przecukrowieniem organizmu fruktozą oraz cukrami prostymi zbożowymi... Cholera... Najgorsze jest to, że weganie jak już są w tym swoim transie (wiem coś o tym) to nikogo nie słuchają... Największa dziesięcioletnia pomyłka mojego życia zakończyła się fiaskiem dla zdrowia mojego syna, męża i mojego... Tak chciałam się wygadać...” 

Po zebraniu szczęki – odczułam obrzydliwą shadenfreude. Rany! Ile ja mód żywieniowych przerobiłam w tym życiu! Na szczęście nie na sobie.  

Bo to tak jest, mili Państwo, że w dzisiejszych czasach skomentowanie czyjegoś sposobu odżywiania to jest nietakt straszliwy, chamstwo, góralska muza, dyskryminacja, porównywalna z rasizmem i antysemityzmem. 

Tak się złożyło, że mam kilka inteligentnych przyjaciółek I zapytałam je o zdanie, dlaczego tak się dzieje. 

Odezwała się Małgorzata:  

“Poglądy żywieniowe (nie mylić z lekarskimi zaleceniami dietetycznymi) są postrzegane w kategorii wartości, albo jeszcze gorzej: tożsamości lub wiary. Dlatego właśnie ludzie reagują gwałtownie” 

Coś w tym jest. Sama doświadczyłam nieprawdopodobnego hejtu ze strony wojujących wegan. Nie da się opisać tego, co do mnie wypisywali, o fotach z rzeźni przez takt nie wspomnę, zupełnie jakbym nie miała pojęcia skąd się bierze sznycel albo filet. 

-Czyli zastąpili religię dietą? - spytałam 

-To tak działa w mózgu (tzw. Piramida Diltsa). Zresztą sam list wygląda jak napisany przez kogoś, kto wyszedł z sekty. Kiedyś sekty były łatwiej rozpoznawalne i typowo religijne. Dziś najwięcej jest w dziedzinie rozwoju osobistego i ekologii szeroko rozumianej. 

Inna moja przyjaciółka rzekła: 

-W każdej grupie żywnościowych wyborów jest duża grupa ludzi, którzy mają niezbilansowane diety. Generalnie jemy źle. Wegańskie przepisy jak widzisz to głównie węgle, węgle, węgle, na mieście też się nie wyżywisz, bo w restauracji głównie węgle. Ale jak się zapycha mięsem to zdecydowanie bilans łatwiej utrzymać. Dlatego, mimo że jestem wegetarianką od ponad ćwierćwiecza nie zdecydowałam się na wege dietę dla dzieci, bo gotowanie i komponowanie nie jest moim hobby a w naszym kręgu kulturowym nie mamy wdrukowanego bilansu (o weganizmie nawet nie marzę, bo to jest wyższy level kombinacji). Wysypu różnych chorób będzie masa, bo ludzie szaleją od bandy do bandy... Jak nie keto to Dąbrowska czy weganizm bez głowy. Do tego dochodzi masa przetworzonego syfu i fakt, że żywność w sklepach często jest kiepskiej jakości. Proszę bardzo, propozycja z wegańskiej knajpy: kebab z seitana. No tak... marzę wręcz o tym, żeby nawpieprzać się czystego glutenu podprawionego benzoapirenem z wędzenia (no dobra niby to białko... ale na samą myśl mi jakoś niewygodnie), pierogi samosy, syropy z agawy, słodzenie zagęszczonym sokiem z jabłek (praktycznie czysta fruktoza, która ponoć jeszcze gorsza niż zwykły cukier) 

-No przecież pisałam, że kiedyś Merce kupiła wege kiełbaski w Barcelonie, bardzo drogie, klienci tego nie chcieli jeść, ja tego nie chciałam jeść, nawet wynędzniały bezpański pies tego nie chciał jeść! A skoro pies nie chce, to człowiek też nie powinien! 

Mój kumpel jakiś tydzień temu oburzał się na fejsbuku, że ponoć prawie 30% wegan karmi swoje zwierzęta domowe również wegańsko. Trząsł się ze słusznego oburzenia, bo o ile pies jest zwierzęciem wszystkożernym – dla kota taka dieta jest zabójcza. I gdzie tu racjonalne myślenie? 

Sama zaś delikwentka, która uległa modzie/praniu mózgu/ – zamierza podzielić się swoimi doświadczeniami w formie książki, do czego bardzo ją zachęcam. Bo jestem pewna, że za kilka lat będziemy mieli wysyp efektów różnych restrykcyjnych sposobów odżywiania. I kompulsywnych nawyków. Nawet moja własna matka jakiś czas temu dała się wkręcić w “jedz zgodnie ze swoją grupą krwi”. Niestety, badania naukowe nie potwierdziły skuteczności tej metody. Czy w tym szaleństwie jest metoda? Nie jestem fachowcem od dietetyki, ale uważam, że przyda się używanie mózgu. Każdy jest w stanie stwierdzić, czy coś mu szkodzi, czy służy. Każda moda przemija.  

Sama jem wszystko, ale staram się nie jadać mięsa z przemysłowej hodowli. Tak, przepłacam.  

Na koniec pozwolę sobie zacytować wielkiego nauczyciela buddyjskiego, Kalu Rinpocze, który, rozmawiając któregoś dnia z dużą grupą wegetarian, powiedział:  

"Spójrzcie na tych wszystkich ludzi - mają wielkie współczucie i nie jedzą mięsa. Piją jednak herbatę. Po to, by móc zebrać jej liście, trzeba było zaorać pole i robaki, które żyły na powierzchni ziemi, wpadły pod nią i zginęły. Te, które były pod ziemią, znalazły się na wierzchu i również zginęły. Potem wszystko posypano środkami owadobójczymi i równie dobrze ci, którzy piją herbatę, mogliby wypić szklankę krwi” 


fot. Marek Pietroń

fot. Marek Pietroń

Fiolka Najdenowicz. Postmenopauzalna stara jędza na emigracji. Wcześniej piosenkarka. Autorka tekstów i książek "Głośny Śmiech" i "Trup w Szparagach". O resztę pytaj w Google