Bartek Fetysz: "Gra w Polaka"

 

Za każdym razem, kiedy ląduję na ziemi polskiej jest tak samo. Już na lotnisku w Anglii, gram sam ze sobą w ulubiona grę: “Spot the Pole”, czyli “Wypatrz Polaka”. Gram w nią przede wszystkim dlatego, że nigdy nie przegrywam, a to pomaga mi przetrwać stres związany z lotniskami, których nienawidzę i odprawą, bo mnie zawsze się wydaje, że nie przejdę, albo będę musiał dopłacać. 

Jak rozpoznać Polaka na lotnisku? My mamy zagranicą jakieś takie tępe rysy, oczywiście generalizuję, ale czy tylko ja to widzę? Szczególnie u mężczyzn. Może to przez Iceland Foods i pitze z piekarnika? A może to tylko narodowcy latający za zarobkiem w poundach na emigrację z tej miodem i mlekiem Polszy płynącej? Głupio im na lotnisku, że wracają z roboty u Angoli i Ciapatych zamiast w Ojczyźnie za 2,500 zapierdalać i stad te mug shoty na twarzach? Łby ogolone, na koszulkach opiętych wielkie logo i wytarte dżinsy. Adidasy albo mokasyny do tego. Morda jak rottweiler spuszczony ze smyczy, lepiej nie podchodź, bo upierdoli. Z twarzy "miała matka syna, syna jedynego, chciała go wychować na pana wielkiego”. Ale nie wyszło. Jeśli człowiek snuje się po lotnisku jak cień, usta w kształt żałoby mordyru, jak ja to nazywam, to od razu wiesz, że rodak. Porusza się niczym Don Pedro z Krainy Deszczowców. Nie uśmiechaj się przypadkiem, bo zabija wtedy spojrzeniem. Taka wiązka “ar ju talking tu me who you yeah bunny” leci z oczu, że od razu kończysz z psychozą. Musisz spojrzeć tak samo ponuro, aby oczy wyrażały ten sam żal: “Kurwa, znowu do tej Polszy”. Inny rodzaj to ten, który po wejściu na lotnisko od razu leci po wódkę. A piwo chleje zaraz po wystartowaniu samolotu. Do kraju wjeżdża po królewsku – najebany. Przygotowany na zderzenie z szarą rzeczywistością dostarcza sobie zapasu kolorów, kiedy jeszcze może - przed wjazdem do Szarobyla. Na lotnisku w Szarobylu stoi w kolejce do odprawy celnej i patrzy na każdego spod byka, a po - już w holu, gdzie czeka małżonka czy tam rodzice to od razu gęba się śmieje jak Waldusiowi Kiepskiemu i drze się na cała Ławicę: “Ojciec! Babka! Tu jestem, gdzie Wy tam stoicie! Daj no mordy, z torbą pomóż!”. 

W kraju, gdziekolwiek nie pojedziesz, leci litania ciosów: “Chyba Ci się powodzi”, “Ten kolor to Ci nie pasuje”, “Odwaliłeś się jak stróż w Boże ciało”, “Ten płaszcz to chyba sprzed wojny masz”, “No spasłeś się trochę”, “Jezu jak Ty wyglądasz” i końcowe dobicie “Ale ja to się nic nie zmieniłam/em, nie?”. Polskie policzkowanie. Polaczkowanie. Bron Boże jak tylko wyglądasz lepiej to od razu, “nie karmią Cię tam”, “w tej Anglii takie ubóstwo?”, “ta praca to Cię tak zniszczyła”. No i weź się uśmiechaj, albo powiedz, że jesteś szczęśliwy – nie uwierzą – przecież to NIE-MO-ŻLI-WE! Nie ma bata. Natychmiast trzeba zmyć z twarzy ekscytację i wtopić się w tłum. Zostać emo-Muminkiem. Bez najebki szczęścia nie ma, jest PiS i szara rzeczywistość, na którą trzeba narzekać i nie widzieć szans na zmianę. I ja wiem, że kiedy patrzy się na Prezesa to od razu po nogach leci, ale na Boga czy w tym kraju optymizm to jakiś underground i trzeba go szukać jak Polskiego Państwa Podziemnego? Przecież takiego drugiego państwa nie było w całej Europie, a tu taki emocjonalny zaścianek teraz. Idziesz ulicą i nie wiesz, czy Cię okradną czy odbiorą życie albo jedno i drugie. Każdy w oku celownik jak w dwururce i czeka na strzał. A z dubeltówki to wiadomo – ręka, noga, mózg na ścianie, nie ma, że zastrzelili go i uciekł. Tak strzelamy do siebie codziennie na polskich ulicach. To jest jakiś DOOM po polsku. Ewentualnie Janusz Nukem 3D albo Mariusz Payne.

Według innych, w Twoim przedziale wiekowym ciągle coś Ci nie wypada. Jak jesteś mężczyzną po trzydziestce to powinieneś już nosić najlepiej garnitury, sweterki jak dla pizdy z amerykańskiej komedii, koszula to strój galowy, spodenki na kant, chinosy, jakieś sztruksiki to mus, a na deser i zwieńczenie stylizacji mokasynki na bosą stópkę. Żadnych ekstrawagancji, bo wiek zobowiązuje! Ja nie ubrałbym się tak nawet do trumny, a ktokolwiek mnie tak ubierze to przysięgam zafunduję mu taką pośmiertną “Noc Żywych Trupów”, że natychmiast do mnie dołączy w zaświatach. Dlaczego my ciągle stawiamy sobie, a przede wszystkim innym jakieś granice? Jak samotny/a po czterdziestce to na pewno pedał albo lesba, bo normalny w tym wieku to już z wózkiem, albo trzema i pięćset plus. Szczęście liczone w pociechach. Jak facet po pięćdziesiątce, ale sam to od razu jakiejś Jagny musi szukać, bo przecież sobie nie poradzi, bo pięćdziesięcioletni utonie we własnym gównie i się nie przewinie. Jak kobieta jest po sześćdziesiątce to też najlepiej do zakonu albo majtki z lodowca, żeby wyziębiły tam na amen i jakichkolwiek rozbitków ocalałych chętnych do swawoli wybiły jak załogę Titanica. A jak człowiek po siedemdziesiątce, to najlepiej zamrozić i w okno postawić, żeby tylko co miesiąc odbierał emeryturę, bo już dawno z tego świata zejść powinien, ale te osiemset to się jeszcze Krzysiowi na studia przyda. 

Czy nie łatwiej żyć bez tego “to wypada, tamto nie wypada” i po prostu podwijać kiecę jak się chce i kiedy się chce bez tych obwarzanków na gębie i przykazań, które o kant dupy można dzisiaj obić? Siedemdziesiąt to nowe sześćdziesiąt! Żyć trzeba pełną piersią i łonem, a nie kastrować się kostucha, kiedy wszystko jeszcze sprawne. Zamiast pakować się w marmury i garnitury z drewna - może czas się uśmiechnąć? Nawet jeśli co drugi wystąp, a co trzeci w kolorze węgla. Lepszy na gębie Walduś Kiepski niż jego babka. 


50840543_555990101549667_5465371211639302794_n.jpg

Bartek Fetysz, Redaktor Naczelny. Autor książki "Obudziłem się trochę podły". Był Editor-at-Large nowojorskiego IDOLL Magazine. Współpracuje z Gońcem Polskim w Londynie i serwisem Plotek. W przeszłości publikował dla portali takich jak Plejada, Przeambitni, Wirtualna Polska, VICE. Publikowały go LS LAIFstyle, GT GayTimes (UK), DJ Magazine, RAZEM, NOIR (UK), RION Magazine (UK), VOGUE Italia, KEIN (Turkey), Glamour, ELLE.