Bartek Fetysz: "Pampers"

fetysz1.jpg

Jaki jest największy problem Polaków? Nie lubimy się nawzajem. Jak coś komuś wychodzi, to trzeba ocenić, dojebać. Od razu na myśl przychodzi mi „Zoil”, piosenka jakże aktualna, z drugiego albumu Nosowskiej, w towarzystwie Kazika, który teraz ukaże się w wersji specjalnej. Album, nie Kazik. Kazik to w ogóle wysublimowana porcja specjalności. Jaki jest zatem największy problem w polskich mediach? Taki sam. Nikt, nikogo nie lubi. W Ameryce, wygrane marzenia, w Polsce wypierdziana fantazja ubrana w ciuchy z Moliera.

 

Śledzę media. I polskie i zagraniczne. Wiem, co w trawie piszczy. Oglądam Oprah, Wendy, Jimmy’ego jednego i drugiego, Larry King ’a, Chelsea i Ellen, która do dzisiaj nie zamarzyła sobie dwudziestu metrów kwadratowych ani wizualizacji w wynajmowanym mieszkaniu na potrzeby programu. Łukasza też oglądam. Pomińmy fakt, że ma ego wielkości nosa i parcie na IPhona. Jak każdy – za krytykę się obraża. O co chodzi z tym obrażaniem się? To już nie można komuś powiedzieć, słuchaj, to jest słabe? Powiedziałem mu to raz, jak robił wywiad z nienaganną boazerią myśli Maff, przykładem lingwistycznego analfabetyzmu. Odpowiedział mi: „Marz dalej, może kiedyś Ci się uda”. Ale co mi się uda? Wyłożenie mózgu tanimi panelami? Ja jestem oldskulowy, wolę obrusy szydełkowane przez babcię. Taka wyższa sztuka. I kompot do tego. Lansiarskie sushi kojarzy mi się z nieumytą dupą.   

 

W Polsce kopiowanie to cecha nagminna. Odkąd światowy sukces odniósł Carpool Karaoke, James’a Corden’a – wszyscy jeżdżą samochodami i przeprowadzają wywiady. Oglądam je po kolei. Lubię, choć co niektóre, to gadka szmatka, z której nic nie wynoszę. Sznycel, pasztet, kiszony, kapusta, kanapka, lama. Jak tak się przypatrzyć bliżej tym amerykańskim gwiazdom i polskim to wywnioskować można jedno – jeszcze dużo, my Polacy, musimy się od nich nauczyć. U nas syndrom Bazyliszka – nie będę promować, spierdalaj, nie dzielę się jedzeniem, ha ha ha ha ha ha ha. Tam, nawet jak niby medialnie się nie lubią – to zapraszają nawzajem i rozmawiają. Przykład? Ellen i Wendy. Można? Można. Bo oni wiedzą, że liczy się show, klikalność. U nas liczy się słowiczy śpiew nienawiści. Vibrato hejtu. Bas odpierdalajności. Alt środkowych palców. Dlaczego dziennikarze jednego portalu nie trzymają sztamy z innymi portalami? Dlaczego nie ma sztamy pomiędzy artystami? Zmyślam? Czekam zatem na duet Górniak i Steczkowskiej. Albo najlepiej singla obu do kompletu z Dodą. Gaga i Aguilera go zrobiły. A ponoć się nie lubiły. Ale to jest Ameryka. U nas wszystko zawinięte w pieroga z żalu – medialnego pampersa.  

 

W kraju mamy Kulturę i Coolturę. Ta druga kierowana jest pod gimbę i medialne, często niesłyszalne wrzaski, ta pierwsza pod inteligentnych Czytelników. Kiler często pyta mnie: „Po co Ty piszesz takie teksty? Weź no trochę pokory!”. W dupie mam pokorę. Ona mi w życiu nic nie przyniosła. Pokorne ciele czeka na swoją kolej i zdycha z odwodnienia. Ot co. Poza tym, dzisiaj nie wypada nic ssać, wszak jest moda na weganizm.  

 

Sam jestem nieco ofiarą medialnego nielubienia. Mam niewyparzoną gębę i nie umiem się zamknąć. Nie mam nawet zresztą na to wielkiej ochoty, wszak finansowo nie jestem zależny ani od polskiego podwórka, ani od polskich mediów. Pojawiam się i znikam. U nas rządzą sympatie i antypatie. Sympatia jest wtedy jak pocałujesz w rączkę dziękczynnie, a antypatia jak powiesz NIE. „Nie” w Polsce kojarzy się z Urbanem, a jego przy tej władzy trzeba nie lubić. Na odwyku od życia w kraju, dwa lata temu, pisałem do wszystkich magazynów i portali – szukałem pracy. Wydaje mi się, że tak to działa – szukasz pracy, to czepiasz się wszystkiego. Despacito, miałem powiedzieć, ale chodzi mi o desperację. Zbyt szybki potok myśli. Odpisała mi pewna Pani, zaprosiła na rozmowę o pracę w Warszawie. Ja mało jestem warszawski, stolicy nie lubię i nigdy nie chciałem być jej częścią. Gdybym pragnął – miałem ku temu możliwości sto w poprzednim wcieleniu, czyli nie-emigranta, obywatela kraju. W każdym razie, wyznaczyła mi termin na pojutrze. Pojutrze, po futrze, nie mogłem, wszak do Warszawy 5 godzin pociągiem, a miałem być w innym mieście, podpisywać inną umowę. Więc kulturalnie odpowiadam, NIE mogę. Bo mam zobowiązania, bo nie znam teleportacji, nie mam brata bliźniaka ani rozdwojenia cielesności. I tu otrzymuję odpowiedź: „Jeśli Ci zależy, to się pojawisz”. Zależeć, to zależy, ale jak dokonać rozczepienia Bartka Fetysza? Bartek pojedzie do jednego miasta, a Fetysz do Warszawy? Albo odwrotnie? Nie da się. Zatem tłumaczę: NIE da się, proszę o inny termin. Odpowiedź: „To nie ja składałam podanie o pracę”. Praca przywilejem Polaczka. No nic. W pizdu. Urażona duma. Potem zacząłem pracować dla jednego z popularniejszych portali w Polsce. Przeprowadzałem wywiady, moja naczelna, cudowna babka, poszła na macierzyński. Co miesiąc zlecano mi z cztery, pięć wywiadów. I nagle cisza. Piszę do naczelnej na urlopie, no Bartku kontaktuj się tu i tu. Wysyłam maila z propozycjami na kolejne wywiady. Celowałem wysoko. Odpowiedź: „Nie zdecyduje się na zamówienie jakiegokolwiek z tematów, to są tematy typowo związane z rozrywką, co jest domeną serwisu gwiazdy”. Pytam zatem, czy jest ktoś, z kim na ten moment mogę porozmawiać. „Na ten moment nie”. Proszę zatem o maila do redakcji serwisu związanego z Kopernikiem i gwiazdozbiorem. Cisza. I nagle mnie oświeca. Przecież ja znam to nazwisko. Acha, czyli nowa naczelna serwisu, dla którego pisałem to Pani, która obraziła się na mnie kilka miesięcy temu za NIE. Miałem czelność zapytać czy to powód braku zleceń. Sza! I wszystko jasne. Do widzenia. Pracy nie ma. Szukaj dalej, medialny rozbitku. Do dzisiaj nie wiem, czy zawinił mój brak talentu, czy pokory. Ewentualnie cięcie budżetu. Bo budżety w Polsce dla freelancerów, są tak ekskluzywne jak wyposażenie w Betlejem. Pozdrawiam Cię Katarzyno.

 

This is America, Childish Gambino to światowy hit. U nas hitem są oczy zielone, kawa Woseba, przyjaciel potrzebny od zaraz, Chinka Czikulinka, ewentualnie QUE, TACO, potęga rapu albo słowiańskie cycki na tarce do prania. Nikt nie śpiewa o Polsce. Każdy chce być na wyrost światowy. A w światowych kuluarach znaczymy tyle co nowa fryzura jednej z polskich aktorek na wyrost przystrzyżonej na zero. Dzięki Bogu za Kulig i Pawlikowskiego. Może zmienią bieg tej polskiej Wisły za Oceanem. Chcemy ociekać brokatem, a ociekamy spermą. Od lizania czyjejś dupy wysoko postawionej na krzesełku.  

 

W Polsce każdy każdemu zazdrości. Wypomina. Dopomina się o swoje. Ale przede wszystkim pilnuje swojej dupy, oby ino większy talent, wszechstronność, nie zagroziła zdobytej, wypolerowanej pozycji. A jak pozycję się już ma, to trzeba ją pielęgnować jak twarz po pierwszym botoksie. Konturować, cieniować, podkreślać na każdym kroku, filtrować, a resztę spamować. Podgryzać, szczuć, blokować. I kiedy wszyscy śmiejemy się z Januszów i Grażyn, wszyscy nimi jesteśmy. A jak nie jesteśmy ani Januszem, ani Grażyną, to jesteśmy homofobami, rasistami, w ogóle defiladą wszystkiego, co kliknie się w komentarzach na portalach plotkarskich. Tak jak znany nam wszystkim komentator Pierdzioch, który nie wiedzieć czemu, ma za każdym razem więcej lajków niż wszystko, co sensowne i na temat. Polskie media to wypierdziane zwierciadło amerykańskości.