Bartek Fetysz: "Lament"

Photographer: Will Davidson / Model: Jessica Stam

Photographer: Will Davidson / Model: Jessica Stam

Wszyscy ostatnio mówią o miłości i związkach. Popadają w zakochania, rozstania, a ja jestem w formie kostki cementu. Constans. Czyli, w polskim slangu, nie ma chuja na Mariolę albo – nie ma pipki na Leszka.

Emocje jak skała, serce jak kamień. Normalnie uczuciowa dyskografia Kayah. Jestem uczuciowo bezużyteczny. Nie poddaję się nawet recyclingowi. Jestem bardzo nie-ekologiczny. Zupełnie jak brokat. Albo słomki. Ewentualnie Avon w Chinach.

Patrzę na świat przez jakieś spaczone okulary. Ja jestem z tej generacji, gdzie to po dwudziestce trzeba już kogoś mieć, a przynajmniej wypada, bo jeśli się nie ma, to coś z Tobą musi być nie tak. I wszystkie ciotki, babcie, kumy z dalszej rodziny, sprowadzają Cię do parteru i lamentują. Może do proboszcza iść i zapytać o radę? Taki dorodny chłopak, a tu ani romansu, ani miłości, no cegła. Może msze zamówić na jakie odszatanienie? Moja generacja, ta co się wychowała na obserwacji dziadków i babć utkanych z miłości od pierwszego wejrzenia, ma problem z dzisiejszym światem. Dzisiejszy świat to swipe, swipe, następny, normalnie MTV z wczesnych lat dwutysięcznych – program randkowy NEXT. A kiedyś to było naprawdę, na życie. Czyżby? Czy nasi dziadkowie i rodzice rzeczywiście kochaliby się tak na zabój, gdyby mieli dostęp do współczesnych portali randkowych i antykoncepcji? Kiedyś ślub był przymusem, bo panna młoda, już czas, brzemienna się robi, hormony buzują jak kolędy w Boże Narodzenie, chłop jurny jak świnia, ino zapładniać, rozweselać dom kwileniem dzieciaków. A dzisiaj to strop się wali jak w londyńskich mieszkaniach za polski majątek, wszędzie grzyb i rozpusta na suficie. I tylko rozstania, rozwody i homoseksualizm. Same zboczenia, odchylenia od normy, a kiedyś tak nie było… Kiedyś chłop płodził co roku nowe przedłużenie rodu i nie do pomyślenia było, że po pięćdziesiątce by se poszedł w pizdu i zostawił chatę. Jakby babę z dziewiątką dzieciaków zostawił, to chyba poszłaby za nim delegacja ze wsi z widłami jak za Shrekiem i przyniosła w roli szaszłyka do domu. A dzisiaj hulaj dusza, wideł nie ma – czy dwójką, czy ósemką, co za ogier, tylko przekładać se z ręki do ręki o ile alimenty płaci.  

Dokąd obecnie zmierzamy, jeśli chodzi o związki i komunikację? Może nasi dziadkowie, wygrywali tym, że musieli się komunikować ze sobą, bez ekranów możliwości? Przecież jakby taki mój pradziad pokazał mojej prababce zdjęcie jakiej roznegliżowanej baby z Tindera to tak by mu przypierdoliła wałkiem do ciasta, że sam z wrażenia zawinąłby się w pieroga. Co więcej, ulepiłby z wnętrzności całą ich stolnicę. Prababka zmieszałaby go z mąka tak, że od razu zwarłby się w coś porządnego. Dzisiaj zaś nikt nie ma przepisu na cudowny związek, nie istnieją one w menu, nie serwuje ich żadna restauracja, nie serwują portale. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, niby słowo Boże, ale nieco skurwione. Tindery, Grindery, Matche, Plentyoffish, a te łowy jakieś kiepskie. Nie można upolować nawet sardynki, a na pewno już nie suma, te na wyginięciu. Nie wspomnę o syrenkach. Małże na talerzach w każdej restauracji, a każdy i tak marzy o dopieszczeniu małżowiny usznej. Czytam to, co bazgram i myślę, że nawet Carrie Bradshaw nie miała takich oryginalnych przemyśleń. Ale ona utopiła pieniądze w butach. Z piekarnika urządziła sobie garderobę na swetry. Idiotka.

Azymutem uczuć jest dzisiaj popęd seksualny. Dawne odchylenie od normy. I ten popęd zmienia się co chwile, wszak na co komu jakaś Jagna, skoro można w ciągu pięciu minut mieć kilka Jagienek, Danusiek i Zosiek czy tam Tadków, Czarków i Zenków? I to całkiem żywych, 150 metrów od Ciebie. Dostawa do drzwi. Klikasz, łapiesz, przychodzi, wychodzi, potem replay. Łono rozłożone jak nogi przy porodzie. Nowoczesny romantyzm. Taki Norwid, dzisiaj, upierdoliłby sobie piórem żyły. Ociekałyby atramentem. A Romeo i Julia? Jakby Julia się otruła, to taki Romeo pomyślałby sobie, miękka locha i uruchomiłby Tindera. Swipe, swipe, zamiast Julii Gienia. Spoko, porucham.