Fiolka Najdenowicz: "Starość Zgrzybiała"

 
Long-Island1a.jpg

Wczoraj do naszej restauracji wjechał pan z synem, tak na oko dziewiętnastoletnim.

Zażyczyli sobie usiąść na tarasie. Miałam przykaz, aby tam nikogo nie sadzać, jako że byłam tego dnia hostem. Bardzo się upierali, posadziłam ich, na prośbę team leaderki, która westchnęła: Daj spokój, co za ludzie, lepiej im nie wchodzić w drogę, bo będą problemy, a jeszcze nas mogą obsmarować na Trip Advisorze, a tego nie chcemy...

Dobra. Siedzą, przelazłam koło nich jakiś czas później i usłyszałam z ust młodzieńca pytanie:

⁃ A ile masz lat?

Zgłupiałam, bo co go to obchodzi, to nie jego interes, ale odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że 55.

⁃ A dlaczego nie jesteś na emeryturze? - dopytywał młodociany cham.

Na to pytanie już nie uznałam za stosowne udzielić odpowiedzi, coś tam bąknęłam wymijająco, że nie mam takich planów i poszłam w pizdu do dalszych obowiązków.

Czyli, według niektórych, powinnam być na emeryturze? Cudownie. Może jeszcze powinnam się poczołgać powoli w kierunku cmentarza?

Jestem totalnie świadoma tego, ile mam lat i nie mam problemu z tym, że młodzieńcy z kuchni, po wygooglowaniu mnie w sieci, wysłuchaniu całej dostępnej muzy zakomunikowali mi prostodusznie, że jestem w wieku ich mamy. W związku z tym pod koniec dnia właziłam tam i darłam mordeczkę:

⁃ Synuś!!! Gdzie jesteś?

⁃ On jest na grillu – odparł znad zmywaka jego kolega, też w wieku mojego hipotetycznego bachora.

⁃ Zrób mamusi thai roti, na wynos! - ryknęłam w kierunku grilla.

⁃ Się robi mamusiu!

W końcu do mnie dotarło. Jestem stara. Jezu, naprawdę, jestem stara! Z drugiej strony, mogło być gorzej, bo mogłam być jeszcze brzydka. Cham z restauracji przypominał z twarzy orangutana, no Mahershala Ali to nie był... No ale wróćmy do starości. W sumie mam szczęście, bo mnóstwo moich znajomych nie dożyło mojego wieku. A co do wyglądu, to się dokładnie obejrzałam przed lusterkiem i stwierdziłam, co następuje. Włosy siwe, ale olewka, zaczęłam siwieć w wieku siedemnastu lat, farba “ciemny brąz” L'Oreala, albo Clairol i pozamiatane. Fryzjer na mnie nie zarobi, szkoda mi 120 funciaków, z których lwia część to tzw. “pink tax”. Dalej: gęba. Zmarszczki na czole obecne, wokół oczu i ust też. Worów pod oczami nie mam, bo sobie je wychlastałam jakiś czas temu u doktora Sankowskiego, bo po co mi one były? Szyja i dekolt wporzo. Cycki – niestety lekki opad, ale o uszach spaniela jeszcze nie ma mowy. Na lewym cycu jakiś podejrzany pieprzyk, byłam z tym u lekarza, wytniemy 10 czerwca. Dupa jak naleśnik, ale z tyłu oczu nie mam, więc nie zwracam uwagi. Nogi – jak zwykle, nigdy nie miałam wybitnych, więc szlag mnie nie trafia. Celullit w normie, jak u każdego. Brzuch: jak się ożłopię coli – wystaje. Rano jest płaski, więc nie zawracajmy sobie nim głowy. Stopy: lewy halluks do operacji, ale nie ma mnie kto utrzymywać przez sześć tygodni, więc o tym nie myślę. Poza tym nic mi nie dolega zdrowotnie.

Bywają dni, że wyglądam zajebiście, jak sobie pośpię i odpocznę, natomiast jak zasuwam trzeci dzień śpiąc po sześć godzin, a tak się dzieje w weekendy – to nie za dobrze. Normalne. Botoxu i wypełniaczy się boję, bo się potem wygląda jak jakaś Wildensteinowa (wygooglujcie sobie Jocelyn Wildenstein) albo inna Minge. Auć. Lifting może? No jak już zupełnie nie będę mogła na siebie patrzeć, to czemu nie?

Poza tym, mili Państwo, nie oszukujmy się. Bedzie gorzej. Ale nigdy, przenigdy nie założę na siebie żadnej jebanej garsonki.

Fotę ilustrującą zrobiłam sobie telefonem marki Szajsung. Cenię tę markę, odkąd jeden zazdrosny mąż, odkrywszy w telefonie smsy od rywala u swojej małżonki – cisnął z całej siły ustrojstwem o ścianę, a nie był to żaden ułomek, tylko porządny łobuz ze Szczecina. Telefon nie poległ, miał lekko zarysowaną obudowę.

Jeśli zaś chodzi o narzekanie na starość, to polecam cudny film, który odkryłam dziś na Netflixie, “Wśród chwastów” z Catherine Deneuve, gdzie ona tam jojczy, jaka ona stara. Film świetny, zresztą ta pani w chujowych filmach nie występuje.