Bartek Fetysz: "Medialne Getto"

super.jpg

Media to getto.

Getto polegające na przyznaniu władzy jednym i strzelaniu do drugich. Jedni to Ci, którzy poruszają się w tym samym tempie, kłębią w tłumie, ewentualnie podjudzają, spuszczają wzrok i głowy. Drudzy to Ci, którzy protestują, krzyczą, szukają ucieczki. Zostają oznaczeni banderolą zakazów. Zamiast szyldu Arbeit Macht Frei, wisi Ruhm Macht Frei. Czyli, Sława Czyni Wolnym. Gazuje się wszystkich tych, którzy nie całują czerwieni dywanu, wyszydzają lub ujawniają konszachty. I każdy, boi się wyjść przed szereg. Bo będzie rozstrzelany. Pozbawiony kasy, stanowiska i przyszłości. Niechciany, nierekomendowany i bezrobotny. CV podziurawione bardziej niż trupy w "Sin City". I na potrzeby telewizji i kolorowych portali, krew wymazana w Photoshopie.

Żeby istnieć, trzeba być sprzedajnym. Trzeba być człowiekiem szybą. Czy lato, czy mróz, wszystko przez tę szybę widać i ta szyba, zgodnie z porami roku, pokazuje mniej więcej to samo. Widok. Trasę. Horyzont. Pogodę. Kanapę. Nie wiem, mgłę, słońce, deszcz, śnieg, gówno pokazuje, bo jest szybą i nie ma opinii. Przeciera się ją szmatami z toreb z darmowymi prezentami, komplementami, seksem z PR-owcem lub managerem, generalnie (nienawidzę tego słowa), czyści się ją wycieraczkami, aby była nieskalana i nie utrudniała widoczności. Żeby przez życie, karierę, wywiad, jechało się miło i przyjemnie, jak na autostradzie w Szwecji. Dokoła lasy, skały, kamienie, jelenie, łosie, wszystkie odgrodzone siatką bezpieczeństwa od cywilizacji. Czyli, przed siebie, prosto. Sprawy zakazane za siatką. Czerwony, polski, dywan jest szwedzką autostradą. Usraną cementową przyzwoitością. Na drodze niby kultura, a za siatką, pod napięciem, zwłoki żab, ślimaków, saren i bajkowych trolli.

W mediach, większość ludzi jest wybitnie dwulicowa. Chodzi tylko o to, aby ugrać jak najwięcej dla siebie i wydymać Cię najdelikatniej jak się da, żebyś się nie kapnął, że to już gwałt. Poza tym gdzie z tym pójdziesz? Przecież mężczyzny zgwałcić nie można, a wszystkie kobiety to zakłamane dziwki. Kto Cię weźmie na poważnie?

Gra wstępna zawsze taka sama: stópka, kostka, pod kolanko, po udzie, a potem prosto w dupę i najtańszym kosztem, bo po co komu płacić za pracę, skoro dają “rozpoznawalność”, a do kieszeni sobie pakują pieniądze z kliknięć i reklam. Ty możesz żyć na Vifonach i w piątkę na mieszkaniu jednopokojowym jak Polacy na emigracji. Nie wspominając już o braku wsparcia, jeśli nagle się wybijasz albo idziesz własną drogą poza tymi wszystkimi układami. Bo w Polsce kiedy stajesz się niezależnym dziennikarzem to stajesz się również wrogiem wszystkich zależnych. Najczęściej bezrobotnym i z metką: “Jego/jej nie”. Gdyby taki ostracyzm spotykał wszystkie kryminalistki, kurwy i burdelmamy, które tak usilnie promują to żylibyśmy w Raju. Żyjemy jednak w Polsce, w centralnej wsi wolnej Europy, gdzie wszystkich trzeba wydoić. Jak niektóre celebrytki. Wypromowane są za pieniądze tak, że cokolwiek nie zrobią, to będą się klikać. Więc trzeba je doić. Macać po tych obwisłych sutkach, kraść białko i hormony. Ubijać na masło albo ser.

Jest kilka takich polskich piosenkarek i artystek, bez teraźniejszych karier, które się klikają, ze względu na: zasługi, nazwisko, konotacje rodzinne, sprawy w sądach z portalami albo osobami prywatnymi, sprawy kryminalne, pobicia, obdukcje lub po prostu ze względu na choroby psychiczne typu urojenia. I dopóki one mają tagi, tytuły, szepty, kłamstwa i kasety VHS, nowocześnie DVD, to są bezpieczne, wszak stoją za nimi medialne władze. Są to stowarzyszenia zaprzyjaźnionych dziennikarzy i dziennikarek, a czasami to nawet i właścicieli stacji, albo dyrektorów programów. Ewentualnie, scenarzystów lub reżyserów. W czasach #metoo, to nigdy nie wiadomo. I żeby mieć karierę, albo newsa, to trzeba te pały pielęgnować, odwiedzać gabinety i hotele, dotykać obwisłości albo prowadzać się z nimi po mieście. Koniecznie w towarzystwie paparazzi. Czasami wystarczy to na zaproszenie VIP. Koniecznie plus jeden, na jakieś wyjebane party, zamknięte, dla śmiertelników. Czasami wystarczy rabat, ewentualnie ciuch, spłacany na raty, albo wypożyczony. W sensie, po znajomości. Załóż, spoć się, sfotografuj, oddaj, a ja sprzedam. Taki ciuchowy serek Hochland - moda z przetopiona z celebryckich konserwantów. W kostkach opakowanych w fotografie z wieczornego wyjścia i istnienia.

Gwiazdy, które błyszczą są na Niebie. Obserwuje się je przez lunetę. U nas, gwiazdozbiór osobowości większy niż układ planetarny, widać go bez lunety od razu jak wychodzi z Ubera. Świeci błyszczącym samoopalaczem i brokatem. Tym darmozjadom wydaje się, że jak jest kontur twarzy i blow dry fryzury, to jest to równanie wielkości, przekonanie o własnej zajebistości. I te pseudo-gwiazdy w odszywanych kreacjach z Bon Prixu lub AliExpress, które nie należą do żadnego gwiazdozbioru, ale którym wydaje się, że normalnie kumplują się z Kopernikiem i mieszczą się w jego tezie odnośnie Ziemi i Słońca bywają wszędzie. Blask odbity od swoich marzeń. Lustereczko powiedz przecie, kim będę dzisiaj na tej planecie? Ochoczo wynurzają się ponad powierzchnię morza, normalnie jak Mała Syrenka, żeby zaczerpnąć ludzkości, i tak samo jak ona, mówią coś, niezrozumiałym mętem. Mówią na każdy temat, mimo że głosu nie mają. Czują się wybitne. Mądre. Artystyczne. Bo ze wszystkimi się znają. Są też gwiazdy, co mało chodzą, bo nie znają nikogo na tych benefisach sukcesu, ale o nich się nie pisze. A jak się pisze to, że Artyści. Czyli gatunek wymierający. Oni, mimo swojej wielkości, zasłużenia, stoją w kątach, normalnie Robyn i "Dancing On My Own". Bo to wstyd trochę mieszać się z tymi "popularnymi", "klikalnymi", "śniadaniowymi", "Influencerami". Lepiej zostać z boku i milczeć, kiedy rzeczywiście, ma się coś do powiedzenia. I jak już dostrzeże takie gwiazdy jakiś dziennikarzyna to leci z mikrofonem i pyta: Za ile odzienie, jak dzieci, jak zwierzęta domowe. Natchnienie pytających takie, że Ci Artyści po prostu kierują się od razu na pośpieszny, InterCity, kierunek nieważny, oby z daleka i bliżej domu. Ja im się nie dziwię. Bo gdybym żył na Xanaxie, kokainie, syropie z miodu i ogórków kiszonych, żeby zagrać jakąś rolę, odchudzić się, przytyć, spełnić zawodowo, wypowiedzieć, wyżyłować, to gdyby podszedł do mnie ktoś, oferując wywiad na poziomie reklamy środka na upławy, to normalnie wrotki w nogach, wsteczny i do domu.

pils.jpg
slawa.jpg

Polacy lubią się karmić byle czym. Dowód? Sukces filmów takich jak “Botoks”. Łykamy wiarę w celebrytki jak pastylki z cukru pudru jak rzekła u Vegi, Szapołowska. Jest cukier we krwi, jest szczęście. I otumanienie. Najbardziej klikaną celebrytką swojego czasu była kobieta cyborg, a przepraszam, Barbie. Anella, plastikowy cud natury, oświecał plastycznie Polskę. Czekałem tylko, aż uwierzy w Boga i dołączy do Dominiki Figurskiej, oświeconej tak, że marzę, aż pewnego dnia na żywo w TV odkręci sobie główkę, a w ciemności zaświeci. Nowoczesna orędowniczka pro-rodzinnych praw i moralności. Udało jej się wtelewstąpienie. Została pokalaną ikoną prawicy. Pierwszą Matką Polką z przyzwoleniem na cudzołożenie.

Pisząc ten tekst zastanawiam się, ile karier w Polsce zostało pogrzebanych, dlatego, że dani ludzie, Artyści, mieli jaja, żeby się wychylić, sprzeciwić nakazom i zakazom. Zamiast kłaniać się telewizyjnym Carom, polityce, medialnym zaborom, woleli pokłonić się sobie. W lustrze. Spojrzeć sobie w twarz. I nawet pod groźbą zagazowania, ogolenia z przekonań, obmycia z właściwości i zapachu, woleli poddać się niebytowi, zamiast bytowi, który okroi ich z formy wypowiedzi. Polska to kraj grobbingu. U nas uwielbia się trupy. Jak umrzesz, to nagle jesteś doceniony. Pomniki, Wawel, takie sprawy. Anioł Pański, rocznice, hymny i wieńce. Jak żyjesz, to gmina, województwo, powiat, miasto, rząd, mają Cię w dupie. Taką zasłużoną na przykład Villas, pochowano ze zwierzęcymi odchodami. Psami i kozami. I oto idealny przykład zagazowania w Polsce.

Shot7-Recovered.jpg

Ludzie, nie golcie swoich rzeczywistości. Jako jednostki - macie prawo głosu. Zacznijcie go używać. Zacznijcie się wirtualnie zabezpieczać. Każde Wasze kliknięcie ma magiczną moc. Zacznijcie odcinać z nich nijakość. Nadajcie im sens. To Wy kreujecie nowych celebrytów, artystów, projekty, wymysły, zboczenia. Zanim klikniecie, pomyślcie - czy chcecie tę gębę zobaczyć jutro? Wszak jeśli wejdziecie raz, Google, Safari, Opera, Explorer czy Firefox, zapamiętają. Legalne podglądactwo. Bez gumy. Wenera z Waszym przyzwoleniem. Wirtualna kiła. W wielu przypadkach bezobjawowa.