Bartek Fetysz: "Przeminęło z wiatrem"

Hollywood to zatłoczony burdel, mówiła Marilyn Monroe. I po tylu latach wyszło na jaw, że ta rozmemłana lekami na funkcjonowanie w ciągu dnia i w nocy blondyna mówiła prawdę. Co prawda we łbie miała jajecznicę z prozacu, ale zniszczył ją ten sam biznes, który ją stworzył. Narodził, wychował i zabił. Uzależnił od toksycznej miłości i mężczyzn. To samo powtarzała Madonna. W pewnym momencie swojej kariery stwierdziła, że najbardziej cieszy ją, że nie musi już ssać obwisłych fiutów. Burdel jest wszędzie tam, gdzie są pieniądze i nasienie jupiterów. Chwila, w której ktoś osiąga medialny sukces, jest jak wniebowstąpienie. Momentalnie w mózgu syfon i sodówka. Tylko lać do szklanek, wznosić toast i piać peany w samouwielbieniu. Rycerski czerwony dywan. Bez okrągłego stołu, bo w Hollywood, jak w Warszawie, zasad nie ma.

Każdy, kto pracuje w mediach, chce się nabić na obiektyw i doznać zapłodnienia chwilową popularnością. W ten sposób w dzisiejszych czasach mierzy się swoją wielkość. Nie linijką, jak członka w chwale, ale ilością publikacji, polubień i zdjęć. Popularność to natychmiastowa inseminacja, ciąża instant, zalana artykułami w prasie, ewentualnie na portalach plotkarskich. Artysta gotowy. Wystarczy włożyć w formie sprasowanego płodu do wody i  już nabiera wybrzuszenia, nóżki, rączki, brzuszek, japa rozdziawiona, spragniona poklasku i sławy. Celebryckie pisklęta. Ledwo widzą, a już drą te mordy,  już pragną pieszczot i bitej śmietany ze wstrząśniętych uwielbieniem słów. Najgorszy sort to ten, który wcześniej był kimś, teraz już nie jest, a wciąż mu się wydaje, że w  alfabecie znaleźć go można pod literą A, mimo że nie nadaje nawet na falach zetki. Albo taki, który na koncie nie ma absolutnie żadnych osiągnięć, ale w myślach jest bogaty jak w Monopoly. Liczy obserwujących, przepraszam, followersów, jak żetony. I jak dojdą do miliona,  to normalnie Meryl Streep polskiej sławy, a w rzeczywistości przaśna Marysia. Drugi sort to ci, którzy wydawali się normalni, ale nagle zrobili nura w celebryckie kontakty, zamieszki, ze wszystkimi zaczęli się przyjaźnić, bywać, dostawać darmowe bluzy i dresy od projektantów z Azja Express i zapomnieli o jajach, które wcześniej mieli. I mimo że wydawali się być fajnymi, wiarygodnymi amantami z Cieszyna, nagle stali się zaklinaczami swoich pięciu minut. Oby nie pierdnąć przy tych odfajkowanych znajomych, bo jak ci się kapną, że jego bąk pachnie siarkowodorem, a nie świecą Diptyque, to każą wracać, skąd przyszedł i tyle będzie z podroży po zamkniętych dotychczas domach sław. Chodzi zatem taki nabuzowany tym pierdem, mieszanką azotu, tlenu i metanu, ale skoro teraz wszędzie zapraszany, to w głowie już odfruwa. Ludzki balonik napełniony pierdohelem. Czy to ptak, czy to samolot? Nie! To celebryta! Odleciał razem ze szczerością, którą nagle zastąpiła mania wielkości, jakaś soda, jakiś juice ( jak śpiewała Natasza Urbańska  w „Rolowaniu”). I ta soda nie tylko zęby wybieliła, ale i całą osobowość. Człowiek-prześwit. Chodzący szyb naftowy. Tylko znikąd nie wycieka cenna ropa. Na twarzy przeciąg z botoksu.

Audiobook "Przeminęło Z Wiatrem" czyta Michał Wiśniewski

Popularność uzależnia. Nie zliczę osób z dywanów i ścianek, celebrytek, aktorów, piosenkarek, którzy kiedyś mieli swoje pięć lub dziesięć minut, zanurzeni byli w tej sławie po pachy, a nagle splendor minął, jak gładka dupa i został na twarzy jedynie grymas. Cóż wtedy począć? Bywać! Wynająć panią od PR-u, która za opłatą załatwi wejścia na pokazy mody, ścianki i newsy na portalach plotkarskich. Tak działają dzisiaj media. Wszystko jest wylicytowane pod stołem. Mało to takich mord, które nagle, spod jakiejś ciemnej latarni pojawiły się w świetle jupiterów i stały się gwiazdami? Niby jak? Za pieniądze. Jak wytłumaczyć obecność na salonach Missek Euro czy Misterów? Komuś trzeba posmarować - to będzie ci dane! Przynajmniej na tych wszystkich eventach oprócz zdjęć jest i darmowe żarcie, zatem warto zacisnąć pasa, wziąć kredyt na PR i najeść się na wyjściach zamiast w domu, gdzie w lodówce tylko majonez, ewentualnie mrożona kokaina. I nagle taka Panna Nikt jest wszędzie, a w bonusie dostaje nagrody, które też się dzisiaj kupuje. Wszystko jest na sprzedaż. Tak jak i dusza.


Sława to dziwka. Często przechodzi na emeryturę z musu. Z braku pracy lub finansów na dalsze promocje w mediach. Gówno z niej zostaje, ale co niektórym wciąż się wydaje, że wszyscy się za nimi oglądają,  rozpoznając tlący się dym ich świetności. To iluzja. Fatamorgana. Zwid dymny. Kariera jak świeczka zdmuchnięta, za to ego rozbuchane jak pożar w dżungli. Pożegnanie z Afryką, lwie serca w ogniu. Przyczajony celebryta, zdemaskowany nikt, bo na pewno nie ukryty smok. Te „nowe osobowości” są jak z wyciskarki – wszystkie w jednym odcieniu soczystej zieleni, sformatowane plastycznie zewnętrznie, aby cieszyć oko, a w środku zgnilizna. Jak jabłuszko wręczone Królewnie Śnieżce przez złą czarownicę. Ale spróbuj takiej „gwieździe” zwrócić uwagę na odrealnienie i powiedzieć, żeby zeszła na ziemię, przywitała się po ludzku albo porównać ją do kogoś bardziej dziś znanego, to normalnie doznasz oświecenia w kwestii plagiatów. Z mezozoiku własnej sławy taki klaser wspomnień ci wyciągną, że uznasz, iż obcujesz z inkarnacją Audrey Hepburn albo Jamesa Deana. Odpowiedź jest na wszystko:  Każdy się NA MNIE wzoruje, to ja pierwowzorem jestem, to o mnie teraz myślą i Netflix, i Spielberg, robiąc nowe filmy fantasy, bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego. Spróbuj rzec słowo niezgodne z ich wyobrażeniami,  normalnie utopią cię w łyżce własnej śliny, co ścieka im na myśl o swojej wielkości. A prawda jest taka, że nie można wierzyć we wszystko co się widzi, w końcu nawet cukier puder wygląda jak amfetamina.

Popularność wygnana z ulic życia jak liście z wiatrem nie chce przeminąć w głowach upadłych gwiazd. We łbach wciąż mają torty, świeczki, wieczne urodziny, prośby o wypowiedzenie życzenia. Trudno po latach zrozumieć, że jest się wymiętym, że może już niechcianym. Trudno zsunąć się z nawilżanego przez lata obiektywu. Prosi się więc widza wszelkimi sposobami o adopcję. Państwowy i Prywatny Dom Artysty sponsorowany przez palcówkę na pilocie. Ewentualnie Facebooku lub Instagramie. Oglądalność zmacana kciukiem. W duszy wciąż strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj, nadzieja rośnie polna, a nad nią szumi gaj. Rola piątoplanowa, zdjęcia z opłaconej ustawki, ale w sercu żar, ego rzuca się jak węgorz na patelni, przecież ostatnie instastory to rola życia, za rok będzie nominacja do Osobowości z „Pani Domu", dadzą w prezencie dywan, odlecę na nim, tak jak odleciały już moja kariera i marzenia. Tymczasem wypożycz sukienkę, podduś żebra gorsetem, uścisk ego rozsadzi głowę, idź z koleżankami i kolegami trzecioligowcami oglądać na salonach Oskary, przecież nominowani to koledzy po fachu, czyli prawie jakbyście się znali.


Oskary zorganizowano u nas. Made in Poland. Jakże światowo! W Polsce wszystko jest możliwe! Wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń. Sponsor zapewni jadło i popitkę, a nawet transmisję na żywo. Zamiast zapiąć się w piżamkę i maski podtrzymujące skalpelowy Dakkar twarzy, zrobić sobie rumianek czy melisę na rozluźnienie i włączyć w TV transmisję, celebryci otrzymali zaproszenia na „Noc Oskarów”. Co więcej, postanowili przyjść tłumnie na darmowe chlanie i zrobić z siebie gwiazdy równe tym ze światowego kina. Pojawili się tłumnie. Była aktorska para z parciem na szkło. Były prezenterki w koktajlowych sukniach, jakby szykowały się do odebrania nagrody za własne osiągnięcia, byli znani aktorzy, aktorki, celebrytki do wynajęcia na gale albo hotelowe harce i wszyscy odpierdoleni jak w Boże Ciało. Pewna naczelna polska naśladowniczka designerskich sukni, Viola Kopiut - jak mam w zwyczaju ją nazywać, musiała być tego wieczoru bardzo zajęta. Ubrać tyle gwiazd w kopie cudzych projektów to nie lada wyzwanie. Każda panna w wypożyczonej specjalnie na tę okazję kiecce, którą później można kupić w znanym luksusowym butiku w Warszawie, panowie we frakach pod krawatem lub muszką. Przyszli jak diabetycy do zamkniętej cukierni, żeby lizać lukier splendoru przez szybkę. Albo oskarowy wzwód przez gumkę. Prawdziwe gwiazdy kina, szanujący się artyści zostali w domu. Ci, którzy się pojawili, zarzucili sobie chyba kwas w tabletce, dożylnie, nie wiem, w czopku i udawali, że to gala o nich, dla nich i na haju podszywali się pod nagradzane tam gwiazdy. To dopiero musiał być odlot! Najlepszy halun życia! Kiedy nagradzano kogoś na wizji, celebryta najbardziej podobny do laureata wstawał, kielonek w prawicę, śledzik w lewicę, chlup w dziób i przemówienie! Takie gwiazdorskie kalambury. Jakby wszystkie te talenty otrzymały rzeczywiste nagrody nadawane w tym ich halucynogennym paśmie dnia.Polski wieczór oskarowy. Czy to się dzieje naprawdę? Czy to się wydarzyło, czy było może snem, żartem? Z pewnością każdy przeciętny Polak, który ogląda rozdania nagród w domu, zakłada frak, kieckę za parę tysięcy, wali sobie makijaż, kupę przed transmisją, co by nie wypadła w trakcie i włącza telewizor z całą rodziną. Emocje jak przy prasowaniu cudzych koszul za granicą za 6.25 funta na godzinę. Sponsorowany masaż ego i upadłych karier. Uczestniczenie w takiej gali to jak robienie loda przez gumkę – ani to przyjemne, ale daje ułamek satysfakcji, że się jednak pociągnęło albo zrzuciło w gumę ciężar z jąder. W kraju, w którym tak bardzo walczy się o rozmnażanie polskiego potencjału, takie wydarzenia powinny być zabronione albo wyśmiewane. A lista gwiazd zapraszanych na wszelakie gale ucięta przynajmniej o połowę. Kiedyś na jakiekolwiek imprezy na czerwonym dywanie zapraszało się pierwszą ligę, artystów, ludzi sztuki i kultury, a dzisiaj? Dzisiaj, jak zapłacisz, to masz. Naiwna publika będzie bić prawo i wrzucać miłosne komentarze na Instagramie. Sztuczna rzeczywistość.


W Polsce wszystko jest wykreowane na pokaz, jak tusza Muminków. Pseudokariery, pseudocelebrytki, pseudonagrody, nawet publiczność czasami niczym  Muminlandia, z której nie wiadomo, czy się śmiać, czy za którą zdrowaśki klepać i na kolanach zasuwać do Częstochowy. Albo najlepiej do Rio, bo tam wiecznie karnawał, a w polskim show-biznesie karnawał trwa cały rok.

Tekst pochodzi z książki "Obudziłem się trochę podły"