Joanna Prykowska: “Ta Od Harrego”

 
_joannaprykowska.jpg

Biłem się o ten wywiad. Nie chciała,

FETYSZ X PRYKOWSKA.

…mówiła, że nikt nie będzie chciał tego czytać, a ja uparcie mówiłem, zobaczysz, są ludzie, którzy za Tobą tęsknią, jest nas więcej. Zresztą, w ogóle nie interesowało mnie, czy tacy istnieją. To ja chciałem zadać te pytania i usłyszeć odpowiedzi. W latach 90-tych, w Polsce, w Szczecinie powstały dwie rockowe grupy – jedna, HEY, hołubiona do dziś, obecnie zawieszona. Druga, po wydaniu trzech płyt rozpadła się kompletnie. Ich piosenki nucił jednak cały kraj. Do dzisiaj słucham jej wszystkich albumów, pamiętam jej platynowe włosy, TEN klip i cały tekst największego jej przeboju. I ten głos. „Czasu coraz mniej zostało mi…”. Piosenka nosiła tytuł „Harry”. Grupa nazywała się FIREBIRDS. Ona nazywa się Joanna Prykowska. Jest zakurzonym diamentem polskiej muzyki rozrywkowej. Postanowiłem go odkopać, oszlifować, upomnieć się o należytą pamięć i zapomniany talent. Postawić sobie na półce. Niech świeci swoim pięknem. Jej ostatni projekt JOANNA & THE FORRESTS wcale nie ustępował jej dawnym osiągnięciom. Emocjonalnie to nadal szczyty, horyzont nieosiągalny dla współczesnych, popularnych i granych artystów. Jej płyty sprzed dwudziestu lat brzmią nadal aktualnie. Tak trafia się do polskiej klasyki. Kiedy muzyka broni się sama. Tak staje się legendą. Ostatnio siedziałem z nią w Szczecinie, na próbie z kumplami z zespołu. Odkurzają stare, klasyki rocka, a ja się zastanawiam, dlaczego nie odkurzy swoich piosenek i nie ruszy z nimi w trasę? Bo jej się wydaje, że nikt nie chciałby ich słuchać, wiec siedzi w tym Szczecinie i się kurzy, a ja nie chce, żeby tam siedziała chroniona przez jakieś Wały Chrobrego tylko, żeby była w ramionach całej Polski. Kiedy w lutym pojechałem do Warszawy spotkałem się z Kaśką Nosowską i ona mówi do mnie tak: “Ty wiesz jak ja długo namawiam ją żeby ruszyła się z tego Szczecina i przyjechała do Warszawy? Bo ja jej wtedy już nie wypuszczę”. I mnie oświeciło. Bo skoro jest taka moda na odkurzanie tych lat 90-tych – wyobrażacie sobie “Harrego” w nowej wersji w duecie Prykowska X Nosowska? Bo ja tak. I żeby nie było – to ja jestem ojcem tego pomysłu. Czy za uprowadzenie dorosłej kobiety i zamknięcie jej w studiu nagraniowym w tym kraju grozi jakaś kara?   

Fetysz: Aśka, jak ja się cieszę, że zgodziłaś się na ten wywiad! Jesteś absolutną legendą lat 90-tych, pop/rocka, Studia Izabelin, jesteś moją prywatną ikoną i jednym z ulubionych głosów w polskiej muzyce rozrywkowej. Jestem pewny, że większość Czytelników będzie się zastanawiało, z kim ten Fetysz rozmawia, pojebało go, ma omamy? I jestem też pewny, że kiedy powiem, że moim gościem jest liderka, czy jak to się teraz mówi, frontmanka, zespołu Firebirds i autorka jednego z największych polskich hitów, „Harry”, to wszyscy dostaną z wrażenia padaczki. Gdzie Ty się kobieto podziewasz?!

Joanna Prykowska: Uciekłam. Las mnie wciągnął w swoje omszałe łapska i nie chce wypuścić, to niezła osłona przed światem. Bezwiednie chłonę, oniemiała, otaczającą rzeczywistość wciąż nie przestając się dziwić, zastanawiam się jak zastosować skuteczne filtry, wyhodować  dość twardą skorupę, żeby ta rzeczywistość mnie nie bolała, nie zabijała na raty, ale zanim zostanie we mnie sama złość i gorycz, mam nadzieje jeszcze co nieco wykrzyczeć melodii.  A tak namacalnie to trochę pozmieniały mi się priorytety, robię to co w tym momencie powinnam -  wciągnęły mnie szeroko rozumiane sprawy rodzinne. Muzyka nie jest dla mnie koniecznością, obowiązkiem, to raczej mój wentyl bezpieczeństwa, to słowa otuchy szeptane sobie podobnym,  to mój list pisany do tej garstki ludzi , którzy mają bliską mi wrażliwość. Choć czasem myślę sobie, że żałuję ,że muzyka nie stanowi o mojej egzystencji,  bo wtedy nie miałabym wyjścia i musiałabym pisać i śpiewać nieustannie.

Fetysz: Ja wiem, że wszystko się zaczęło w 1989, ale miałem wtedy lat 6 i kompletnie nie interesowałem się grupami ze Szczecina. Kochałem się w Sandrze i Michaelu Jacksonie. Nie będę wybitnie oryginalny kiedy powiem, że zwróciłem na Ciebie uwagę, wtedy, kiedy zrobiła to i cała Polska. Ten platynowy blond, ta twarz, Ty byłaś tak zjawiskowo piękna w tym klipie. Tyś mi wtedy wyrwała serce i pożarła! Przepraszam, że od dupy strony, ale mam słowotok, strzelam myślami – jak to się wszystko zaczęło? Jak powstało Firebirds?

Joanna Prykowska: Od mojej wielkiej chęci śpiewania. Najpierw w Zespole Pieśni i Tańca Ziemi Szczecińskiej „Krąg” potem był Chór Politechniki Szczecińskiej gdzie poznałam Kaśkę Nosowską. Zaprzyjaźniłyśmy się . Imponowała mi swoją oryginalnością, tym, że śpiewa w zespole – wtedy to był taki nowofalowy zespół Kafel. Groźna sprawa. Jeździłam z nią na koncerty i trochę zazdrościłam jej tego wszystkiego. Stare dzieje. Z nieszczęśliwej licealnej miłości pisałam smutne wiersze, widziałam świat na czarno i nie rozumiałam go, szukałam dla siebie drogi, myślę, że nadal szukam, musiałam to wyśpiewać, po prostu musiałam. Z bólu, rozpaczy, niespełnienia i tęsknoty. Słucham czasem naszych pierwszych nagrań i oprócz takiej młodzieńczej szczerości i świeżości, tyle tam szarpaniny i szlochu, chyba sama nie wiedziałam wtedy o co mi chodzi. Pewnego razu, całkiem przypadkiem, u Kaśki  właśnie, poznałam Konrada Cwajdę, który wówczas, tak jak ja, przeżywał fascynację The Smiths i to nas połączyło. To była dość śmieszna historia. Konrad miał wpaść na chwile oddać jakąś płytę czy cos, a Kaśki niby miało nie być w domu, ukryła się na balkonie. Ja przez grzeczność zapytałam „może wejdziesz na herbatę”, Konrad na to „chętnie” i gadaliśmy chyba z godzinę. Kaśka z wkurzenia dosłownie zagotowała się w szczerym słońcu na balkonie, a my wkrótce z Konradem założyliśmy Firebirds. Byłam bardzo nieśmiała i dość wycofana, taka dziewczynka dobrze wychowana przez babcię z wielką klasą. Wyszłam z domu, gdzie z bratem pod komendę mocno wierzącego ojca  budowaliśmy ołtarze i modliliśmy się swoją dziecięcą duszą, nie wiadomo o co. Koledzy z zespołu byli dużo starsi ode mnie i mocno rock’n’rollowi. Mieliśmy regularne próby, zaczęły się imprezy, koncerty w zaprzyjaźnionym Free Blues Klubie, powroty do domu nad ranem i spodobało mi się. Jak już weszłam na miękkich nogach na scenę to zaczynałam się dobrze czuć, jak już szerzej otworzyłam oczy widziałam , że ludzie chcą mnie słuchać. To mi pochlebiało. Już nie wystarczało mi śpiewanie w sali prób, chciałam czegoś więcej.

Fetysz: Mamy lata 90-te. Powstaje Hey, De Su, Róże Europy, Big Day, Rotary, muzyczny wysyp, totalne rozmnożenie hitów – albo często i jednego hitu w całej karierze. Firebirds powstaje w Szczecinie, jak wspomniany Hey. Jak wspominasz tamten czas? Muzycznie i w ogóle, prywatnie.

Joanna Prykowska: Młodzieńczo, głupawo, naiwnie , energetycznie. Byliśmy trochę zadufani w sobie, nie interesowały nas inne zespoły, robiliśmy swoje  i wierzyliśmy, że zdobędziemy Olimp. W moim osobistym życiu to dość trudny okres, zostawił nas ojciec, musiałam pomyśleć o tym jak pomóc mojej mamie utrzymać dom, nie mogłam dogadać się z moim młodszym bratem, który tez bardzo przeżył odejście ojca. Zaczęłam zarabiać pierwsze pieniądze, w pierwszym amerykańskim hotelu w moim mieście, w mojej pierwszej poważnej pracy. Wyobraź sobie wczesne lata 90-te i amerykański hotel w zapyziałym mieście. To tak jakby kosmici przylecieli i rozdawali kosmiczny pył. To była praca marzeń.  Z czasem , zaczęła mnie nudzić ta praca, praca, która tak bardzo mnie uszczęśliwiła na początku. 

Nie mogłam sobie wyobrazić jak można przepracować całe życie robiąc wciąż te same rzeczy.

Nie wiedziałam do końca czego chcę , co jest nie tak, czemu to mnie nie kręci, nie chciałam być kolejnym trybikiem w wielkiej bezosobowej machinie . Praca, dom, spanie , czasem impreza i znowu od początku to samo. I tak nieustannie, bez końca . Muzycznie -  jeździliśmy na różne festiwale i konkursy, odstawaliśmy od kwitnącego i wszechogarniającego nurtu grunge. Nasz styl nie dał się do niczego porównać, nie staraliśmy się kopiować  modnych na zachodzie kapel. Myślę że dalej trudno zaszufladkować moją muzykę. Wciąż mieliśmy regularne próby i materiał na płytę. Już nie pamiętam jak to się dokładnie stało, może tak po prostu samoistnie, że krakowska wytwórnia Music Corner wydała naszą płytę „Desire”. To był 1994 rok.

Chciałam śpiewać. Chciałam śpiewać swoje melodie i swoje historie. Na scenie czułam się szczęśliwa.

Fetysz: Ciężko było wtedy debiutować, albo w ogóle zdobyć kontrakt? To był przecież okres wielkich wytwórni płytowych w Polsce – Izabelin, Polygram – ale także i okres, kiedy o losie decydował tłum – festiwal w Jarocinie był kultowy! Tam rodziły się, albo równie głośno kończyły kariery wielu wykonawców. Wiem, że chyba tam właśnie debiutowaliście na większą skalę?

Joanna Prykowska: Niewiele pamiętam z moich pierwszych dużych koncertów, byłam tak sparaliżowana strachem  i stremowana, że żarłam garści środków uspokajających i popijałam piwem. Ale mówili mi potem, że było fajnie i zaczynałam wierzyć w swoje możliwości. Nasz poważny kontrakt przyszedł sam, mimochodem, znalazł nas przypadkiem na kameralnym koncercie we Free Blues Klubie. Była jesień 1995 roku. Poznaliśmy owianą legendą żelazną damę muzycznego świata  Katarzynę Kanclerz. Wystarczyło parę naszych wizyt w stolicy, parę wystawnych obiadów w ekskluzywnej restauracji Foksal i podpisalibyśmy wszystko, co zaproponowałaby nam.  W grudniu byliśmy już w wytwórni Izabelin i nagrywaliśmy  naszą płytę „Kolory”.

Fetysz: Przy debiucie poddaliście się dziwnemu w Polsce wtedy trendowi i chyba w ogóle jakiejś powszechnej opinii, że lepiej nagrywać po angielsku niż w języku ojczystym. Hey „Ho!”, „Love” Bartosiewicz, wszyscy chcieli być Anglosasami! To był jakiś kompleks? Czy może grunge i rock nie umiały być polskie?

Joanna Prykowska: W języku angielskim istnieje taka łatwość chowania banalnych myśli za słowami, które zawsze będą ładnie brzmiały i zawsze będą wydawały się być o wiele bardziej wzniosłe niż dokładnie takie same w języku polskim. Śpiewanie samo w sobie po angielsku jest prostsze. Ale prawdziwą sztuką jest swobodne poruszanie się po naszych kanciastych i szeleszczących ojczystych słowach i lekkość w wyśpiewywaniu ich. Śpiewanie po angielsku to pójście na łatwiznę, tak myślę.

Fetysz: ”Desire” nie przyniosło Wam sukcesu, czy to był powód wymiany muzyków w zespole? Jak to jest zaczynać z kimś, budować, a potem chyba i zderzyć się z rzeczywistością, że jednak nie, nie teraz, nie ma kasy?

Joanna Prykowska: Nie uwierzysz, ale to wytwórnia kazała nam zmienić basistę i perkusistę, że niby nie pasują do wizerunku, jakoś na to bezboleśnie przystaliśmy, mając na horyzoncie kontrakt i nagranie płyty z Edytą Bartosiewicz jako producentką. To była petarda. Edyta była moja ulubioną wokalistką, niepowtarzalną. Prawdziwa artystka. Każdy zgodziłby się na wszystko.

Fetysz: Kolejny album wydajecie w nowym składzie. Zajęło Wam to rok. Na rynku ukazują się „Kolory”. I chyba ten album odwraca Wam życie do góry nogami… Jak wyglądała praca nad tym albumem? Przecież wtedy produkcją zajęła się sama Edyta Bartosiewicz! Jarosław Żamojda od „Młodych Wilków” kręci Wam klip. Jest szał!

Joanna Prykowska: Co do Edyty to faktycznie, szał. Jej trasa koncertowa pod tym samym tytułem to także nasza trasa koncertowa jako zespołu supportującego jej występy. To był dla nas mega sprawdzian , grać na żywo dla takiej publiczności. Udało się . Ludzie byli zachwyceni. Płyta miała się ukazać wiosną, a my graliśmy dużo wcześniej przed premierą płyty. Dla mnie praca z Edyta to było jak uścisk dłoni przez samego Pana Boga. Pękałam z dumy i trochę się chyba zapowietrzyłam. Co do Jarosława Żamojdy. To prawda, modny był i oglądalny. Myślę, że był uwielbiany przez p. Kanclerz,  dlatego ten wybór. Ale ja wychowana na Lynchu, Burtonie, Jarmusch ’u , Almodovarze, a w Polsce Kondratiuku czy Kolskim więc inna wrażliwość mnie porywała, napisałam scenariusze do 5 piosenek, które miały być przez niego sfilmowane. I nic, nie było mowy o tym, miało być tak jak chce tego wytwórnia i reżyser. No ale jest, tak zostało, jakaś romantyczna historia i hulam w rudej peruce a’la Ania z Zielonego Wzgórza  do dziś w sieci. To kosztowało kupę kasy, film, sesje fotograficzne, ciuchy z zagranicy do sesji i na koncerty, ogromna promocja, produkcja płyty. A my nieświadomi i szczęśliwi bo w takiej wytwórni.

Fetysz: Kto zdecydował, że „Harry” będzie promował cały album?

Joanna Prykowska: Nie pamiętam, ale chyba było jakieś firmowe odsłuchiwanie kawałków i głosowanie, Edyta chyba też chciała ten numer na singla.

FIREBIRDS „Harry”

Fetysz: Co zainspirowało Cię do napisania tej piosenki? To jest w ogóle jakaś dramatyczna historia, to jest piosenka, którą ja znam na pamięć. „Ciało jego zabrał ktoś, znalazłam list pełen gorzkich słów…”. Opowiedz mi o tym utworze.

Joanna Prykowska: Tak. To dramatyczny utwór. W pierwotnej wersji trwał chyba z 10 minut, był po angielsku i zaczynał się od słów „ my cousin Harry keeps that, curiously shaped bottle…” no i się zaczęło. 

Obejrzałam jakiś film, za Boga nie pamiętam tytułu, o zazdrosnym bracie, podkochującym się w swojej siostrze. Zamordował jej narzeczonego i ją , bo nie lubił się dzielić, sam miał jakiś problem osobowościowy. To mnie zainspirowało , braterstwo dusz, czysta miłość, ponad schematami społecznymi, utopia. Wszystko przez Fromma , którego naczytałam się studiując socjologię. Zaszczepił we mnie wiarę w człowieczeństwo, które jest ideą samą w sobie czystą i piękną ponad podziałami społecznymi , poza płciowością, rolami, to byt idealny i pożądany. 

Firebirds - “Niedoczekany”

Nie wiem czy możliwy do spełnienia. Fromm pisał tez o miłości, nie tej fizycznej ale właśnie tej duchowej, o miłości człowieka do człowieka, nie tej postrzeganej przez pryzmat kobiety czy mężczyzny. Mówił, że żeby kogoś zrozumieć to trzeba na niego spojrzeć jak na istotę ludzką, a nie na jak na  kobietę czy faceta. I o tym śpiewam na płycie Trans. O poszukiwaniu miłości , która może nas zaskoczy swą nietypową „aspołeczną” formą. Teraz po napisaniu kolejnej pracy magisterskiej, tym razem o poszukiwaniu istoty idealnej, jaką jest według mnie androgen, moja tęsknota za światem idealnym jest jeszcze większa, bo widzę, że my, jako ludzkość, posiadamy narzędzia by się porozumieć. No ale nie o tym tu przecież będziemy rozmawiać.

Fetysz: ”Harry” wywindował Was na wyżyny, wszystkie listy przebojów były Wasze. Wy wtedy sprzedaliście jakieś 40 tysięcy płyt, ale… lata 90-te to też mega wysyp piractwa. Pamiętasz te wszystkie nieoznakowane kasety, Jezu, ile ja ich mam w domu. Był zastrzyk gotówki czy tak jak Anita Lipnicka, po Varius Manx, nigdy gotówki nie widziałaś?

Joanna Prykowska: Nie, nie mieliśmy dużo kasy, żyliśmy głównie z grania koncertów i nie zastanawialiśmy się nad tym. Zawsze mówiono nam, że koszty promocji były ogromne itp. Tak było. Cieszyliśmy się, że istnieliśmy muzycznie.

Fetysz: Kolejnym singlem są „24 Zachody Słońca”, a Wy wciąż świecicie jasno jako zespół. Ale pogadajmy o „Kolorach”. Skąd pomysł na przypisanie koloru każdej piosence?

Joanna Prykowska: Każdy utwór niósł jakiś ładunek emocjonalny, to moje barwy, które kojarzyły mi się z dzieciństwem, niewinnością, przyjaźnią, strachem przed śmiercią , miłością czy samotnością po prostu. Każda piosenka opowiada jakąś historię o jakimś konkretnym zabarwieniu. Ale są to moje subiektywne odczucia.

FIREBIRDS „24 Zachody Słońca”

Fetysz: Dwa lata po „Kolorach”, w 1998 ukazuje się „Trans…”. I jest klasyczne brzmienie Firebirds, akordeon, rock, pop, Twoje teksty stają się momentami bardzo dramatyczne… Aśka, co Cię inspiruje do pisania takich tekstów? To jest jakiś taki słowny ekshibicjonizm. Tyle historii…

Joanna Prykowska: Zawsze szukałam przysłowiowej dziury w całym, lubiłam zaglądać pod stół, zadawać niewygodne pytania, drażnił mnie banał. W outsiderach, odmieńcach, dziwolągach   widziałam wrażliwców , nieprzystosowanych do sztywnych ram , czułam w nich kwintesencję i smak życia. 

Nie lubiłam chodzić na skróty. Uwielbiałam gmerać w ludzkiej duszy, chciałam, żeby ludzie to poczuli, obudzili się i zaczęli żyć pełniej. A nie tak jak zombie na niby , nieszczerze, udając przed sobą kogoś innego niż są, aby tylko być akceptowalnym, aby się dopasować, rozumiem to, tak jest łatwiej , tak trzeba aby funkcjonować w społeczeństwie. 

Choć czasem mam odczucie, że większość ludzi żyje bez refleksji, bez celu bez cienia świadomości o istnieniu świata równoległego – duchowego pewnego rodzaju transcendencji. Inspirowały mnie książki, muzyka i filmy. Był taki czas koniec lat 90-tych kiedy słuchałam Murder Ballads Nicka Cave’a i płakałam jak bóbr. Szykowałam się wtedy do spektaklu „Opowieści Miłosne”, granego na małej szczecińskiej scenie teatralnej,  gdzie śpiewałam przełożone przez siebie piosenki kolejnego rozpruwacza emocjonalnego Cave’a. I darłam się do tego mikrofonu w sukni ślubnej jako Krystyna Zadziwiająca , która mając wszystkiego dość zwariowała i zamieszkała w kościelnej wieży. To było piękne doznanie artystyczne. Potem był „Sens Życia” wg Tiger Lillies, kolejny emocjonalny wampir. Trochę więcej groteski, czarnego humoru w opowieściach min. o podpalaczce, karawaniarzach czy szalonej trupie cyrkowej.

Fetysz: ”Trans…” nie przyniósł Wam już splendoru. Porażka „drugiej” płyty? Bo wszyscy przecież długo myśleli, że debiutowaliście „Kolorami”. Co się stało, że ta płyta, moim zdaniem o wiele lepsza od poprzedniej – nie zassała?

Joanna Prykowska: Myślałam o tym co się tak naprawdę stało, dlaczego nie poszliśmy dalej „kolorową” drogą .Wiele rzeczy się na to złożyło. Po pierwsze wydawało się nam, że nasza pozycja muzyczna w firmie jest silna i stabilna, niestety, tak mi się wydaje, p. Kanclerz nie powaliły na kolana piosenki z płyty „Trans…”, myślę, że przeraziła ją zakręcona tematyka, mało o miłości, dużo o jakiś transseksualistach, gejach, prostytutkach, dzieciach mordujących kolegów. A to była płyta o tęsknocie za miłością tylko właśnie taką ponad wszelkimi podziałami, wbrew normom, miłością wynikającą z potrzeb duszy a nie cielesności. Chciałam nagrać płytę  o uciekających marzeniach, o powolnym zaniku człowieczeństwa z powodu braku miłości. I taki miał być „Trans…”. Ale nie chcę brzmieć jak typowy frustrat obwiniając wszystkich wokół tylko nie siebie, po prostu zaczęliśmy się rozpadać jako zespół, nie dogadywaliśmy się już jak dawniej, coraz częściej kłóciłam się z Konradem o wizje naszego zespołu , zaczęliśmy się rozmijać pod każdym względem…

Fetysz: Jesteś autorką większości tekstów. Byłaś chyba pierwszą osobą, która wtedy, w latach dziewięćdziesiątych śpiewała otwarcie o transseksualistach. I teraz moje pytanie – tytuł płyty to był jakiś kod, ukryty szyfr, czy rzeczywiście miał kojarzyć się z transem, w jaki się wpada?

Joanna Prykowska: To był kod. To był sygnał  wysłany przeze mnie w świat, że każdy ma podwójną naturę tę pokazywaną na zewnątrz , ugrzecznioną , ładną,  wygodną , konformistyczną i tę utajoną , której się boi, ukrywa albo wypiera bo tak trzeba, bo tak lepiej.

Fetysz: Tekst leci tak: „Zakładała wciąż nowe sukienki, choć dusiły ją, bała się. Bała się swym bliskim spojrzeć w oczy, co mówili jej Ty jesteś dziwna, Ty zawsze byłaś inna niż dziewczyny, które znam… A noc była tylko po to by śnić to samo wciąż od lat. By śnić jak staje się mężczyzną i przestaje im zazdrościć…”. Homoseksualizm w Polsce to grzech, a Ty śpiewasz o kobiecie, która chce być facetem! Co to za historia? Co w ogóle Tobą kierowało?

Joanna Prykowska: Pogoń za wolnością, chęć pokazania ludziom, że każdy ma prawo żyć tak jak czuje, jak pragnie i nikt nie ma prawa tego krytykować czy potępiać. Ma prawo wyboru. Czy wiesz, że jest taki kraj który dąży do wypracowania społecznego systemu idealnego - Kanada, gdzie możesz płeć dziecka wpisać  w dowód jak to dziecko będzie pełnoletnie i samo zadecyduje kim się czuje, nie tuż po urodzeniu. Brzmi jak science fiction, prawda? Niektórzy nazywają te zmiany kulturowe chorymi i zgniłymi, ja tak nie uważam.

Jako ludzie XXI wieku powinniśmy robić wszystko aby dążyć do wypracowania systemów, w których będzie miejsce dla każdego rodzaju wolności pod warunkiem wzajemnego szacunku . Nie wolno nam nikogo ranić, zadawać bólu i swoim zachowaniem powodować cierpienia.  Nie mamy żadnego moralnego usprawiedliwienia do potęgowania cierpienia.

Posiadamy natomiast  wszystkie cywilizacyjne narzędzia , jesteśmy na tyle  świadomi, że powinniśmy dążyć do minimalizowania cierpienia szeroko rozumianego - cierpienia człowieka, zwierzęcia, cierpienia wynikającego z degradacji środowiska naturalnego.

Fetysz: Ta płyta to zbiór jakiś ultra niepolskich, na tamten czas, historii. W „Skandalu” śpiewasz o homoseksualizmie. Zakochujesz się w facecie, który „nie ma żony, dzieci mieć nie będzie też” i dalej „choć za rękę chodzi z innym, pogodziłam się, zamiast płakać, coś wymyślę, zmienię sobie płeć”. Skandal, krzyczą wszyscy Ci, że świat zwariował! Zwariował? 

Joanna Prykowska: Tak , tak chciałam pokazać ,że na poziomie duchowym wszystko jest możliwe….

Fetysz: Muszę zapytać o jeszcze dwie piosenki. Do dzisiaj, panicznie boję się piosenki „Dzieci”. To jest coś tak mrocznego, że zawsze mam ciary, często przełączam. „Choć twarz ma dziecka, nie ufaj mu”. „Zło mieszka w jego duszy, uśmiech skrywa grzech”. Naoglądałaś się horrorów?

Joanna Prykowska: W tamtym czasie docierały do mnie jakoś szczególnie wiadomości o popełnianych zbrodniach wśród nastolatków  i tych czynów nie dopuszczały się osoby z nizin społecznych tylko tzw. dzieci z dobrych domów. Zawsze mnie bawiła definicja dobrego dziecka wśród  jego otoczenia, sąsiadów, gdy mawiano, że ów delikwent był grzecznym chłopcem bo mówił „dzień dobry” i pomagał nosić zakupy. Ale jakoś zapominano wspomnieć, ze cały czas dręczył osiedlowe koty i rzucał w gołębie kamieniami. I to nie są według mnie już dziecięce wygłupy. Tak rodzi się zło. No cóż w takich domach nie brakowało niczego prócz miłości.

Fetysz: Następny kawałek to „Prostytutka”… „Miała tyle lat co ja, złote włosy jasną twarz (…) Jedno grzeszne życie jej miało winę zmyć z ich ciał (…) aż kres dni jej nastał i przyszli pod jej dom. W pięści zacisnęły się dłonie co pieściły ją”. Kocham ten kawałek, ale znowu – skąd ta historia?

Joanna Prykowska: Nasłuchałam się i naczytałam Cave’a. W swojej książce „Gdy Oślica Ujrzała Anioła” jest taka postać kobieca, taki jasny promyczek wśród zgnuśniałej i prowincjonalnej społeczności, prostytutki Cosey Mo, postać tragiczna bo ukazująca podwójną moralność na pozór poukładanego społeczeństwa. Ale nie będę opowiadać tu książki , bardzo trudnej i mrocznej.

Fetysz:  „Spójrz jak długo już walczę by zmienić trochę ten świat. Wniknąć do serc ludzi co chcą na skróty iść. Wiem prościej jest tak bez bólu i bez zbędnych łez udawać ze nie widzi się wyciągniętej dłoni. My co żyjemy tak jakbyśmy mogli wiecznie trwać i znosić to, co każdego dnia czynimy innym i sobie na złość… I tak ja co noc spoglądam w górę i zazdroszczę im że obecność ich świeci od lat bezustannie, ah chciałabym też w kosmicznym pyle zostawić swój ć ślad w pamięci ludzi. Przez setki lat na zawsze być”. „Kosmiczny Pył”. 20 lat potem ten tekst brzmi aktualnie. Co wtedy chciałaś zmienić w tym świecie?

Joanna Prykowska: Wszystko. Przede wszystkim naszą mentalność, nakłonić ludzi do refleksji, czasem zastanawiam się, po co to wszystko, czy nie lepiej śpiewać o pierdołach, jakieś banalne frazy? Nie mogłabym, za dużo we mnie tego wkurzającego patosu, tego umoralniania. Taka już jestem. Może to sobie wszystko chcę powiedzieć, może to ja potrzebuję drogowskazu. Niewykluczone.

Fetysz: Aśka, „Trans…” to jest taka płyta, która po prawie dwudziestu latach brzmi tak, jakby nagrana była wczoraj. Gdyby wyszła re-edycja to, dam sobie uciąć za to łeb, hulałabyś po rozgłośniach radiowych jako polska muzyczna sensacja! Masz tego w ogóle świadomość?!

Joanna Prykowska: Nie myślę o tym w ten sposób, po prostu było minęło, nagrałam,  zaśpiewałam, napisałam, tak jak czułam.

Fetysz: Trudno jest w życiu żegnać się ze sławą i pieniędzmi? Przecież nie było Pudelka, nikt nie wchodził nikomu w cipkę ani w majtki, liczyła się tylko muzyka. Wtedy jeszcze nie było nawet internetu na taką szeroką skalę – chociaż ja się w domu łączyłem przez telefon… Kablem. Co za czasy. Były fan kluby… Jezu, pamiętam, jak Sony dało mi oficjalną zgodę pod koniec lat 90-tych na prowadzenie fan klubu Jennifer Lopez… Jak wyglądała ta Wasza sława wtedy?

Joanna Prykowska: Tony listów. Historie różne opisywane przez moich fanów, raz nawet dostałam napisaną piękną bajkę - przypowieść z cudownymi szkicami o miłości misia polarnego i foki. Myślę teraz o tym z wielkim rozrzewnieniem. Komu dzisiaj chciałoby się coś takiego zrobić…

Fetysz: Co robi się po sławie? Zadam Ci teraz bardzo nowoczesne pytanie – był sukces, była grupa, nie ma grupy – JAK ŻYĆ?!

Joanna Prykowska: Normalnie. Chodzić do pracy, starać się hamować emocje, których nie wyśpiewuję już, wyciszać, uprawiać swój mały kawałek rzeczywistości.

Czasem sobie zadaję pytanie o to moje śpiewanie, czy to dobrze, czy tak powinnam po prostu odejść, poddać się i już nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku?

Czy to już wszystko co świat ma dla mnie? A może to wszystko co ja mam dla świata…

JOANNA & THE FORRESTS „Jaśniebajka”

Fetysz: Rok 2002. Na scenie pojawia się Doda i jej zespół Virgin. Ich debiutancką płytę promują dwa utwory – „Mam tylko Ciebie” i „To Ty”. Niewiele osób o tym wie, ale parafrazując – to Ty napisałaś słowa do tej piosenki. Jak do tego doszło? Jak w ogóle z jednej z najbardziej rozpoznawalnych wokalistek w kraju stałaś się niewidzialna? Dlaczego znikłaś?

Joanna Prykowska: Nie mam w sobie tej desperackiej siły przebicia, tej chęci walki za wszelką cenę, nie umiem dopasowywać się do panujących gustów. Czy uwierzysz, że my nigdy nie mieliśmy menadżera z prawdziwego zdarzenia, takiego pracującego tylko dla nas? Żadnego impresariatu, żadnej agencji, wszystko było przypadkowe, podane przez firmę z która mieliśmy kontrakt. I potem również , kiedy nagrałam te dwie moje płyty „Jaśniebajkę” i „Anielę”. Nie wiem na co liczyłam, na cud, że może to samo tak popłynie w przestrzeń i opadnie na ludzi jak deszcz. W dzisiejszych czasach, w dobie internetu, totalnej cyfryzacji  promocja jest o wiele trudniejsza, a ja, nie mam do tego głowy.

Nie umiem siebie promować ani bywać gdzie trzeba, nawet nie chcę. Może mój awatar mógłby to wszystko robić za mnie.

Fetysz: Firebirds rozwiązaliście w roku 2000. W 2012 wracasz. Z projektem Joanna & The Forests. Skąd pomysł na taki powrót?

Joanna Prykowska: Banalnie,  ponownie z potrzeby duszy. Doszliśmy do wniosku ze Zbyszkiem Szmatłochem, dawnym gitarzystą z Firebirds, facetem, który swoją mentalnością zahacza o wszechświat, że chętnie pomuzykowalibyśmy razem. I tak narodziła się „Jaśniebajka”, projekt częściowo dofinansowany przez miasto Szczecin. Wszystko zrealizowaliśmy sami, wynajęliśmy studio nagrań, wyprodukowaliśmy tę płytę, wymyśliliśmy teledysk i okładkę, wydaliśmy to w zaprzyjaźnionej małej warszawskiej wytwórni Creative Music. I tyle, albo aż tyle.

Fetysz: Dlaczego nie zrobiłaś reaktywacji Firebirds? Jakby spojrzeć na prawo i na lewo to lata 90-te wracają z taką mocą jak amfetamina na salonach. Reaktywują się wszyscy, a jak ktoś nie chce, to fani go linczują. Ludzie nienawidzą Victorii Beckham za to, że blokuje powrót Spice Girls…

Joanna Prykowska: Nie, nie, nie. Nie wchodzi się do tej samej rzeki drugi raz. To nie brzmiałoby szczerze.

Fetysz: ”Jaśniebajka”. Ty piszesz tak, że pobudzasz do życia mój szkielet. Jaka opowieść stoi za albumem? Za każdym razem, kiedy słucham „Jaskółki” chce mi się płakać… „Kiedyś Ci będzie brak, tej ciszy (…) i zatęsknisz (…) ktoś inny dziękować będzie ci, w twych objęciach, dane mu będzie żyć…” I to pożegnanie.

Joanna Prykowska: To moja tęsknota za naturą, która jest już mało bardzo naturalna, dzięki nam, to moja tęsknota za dziewiczym światem przyrody, to mój krzyk rozpaczy przeciwko naszej cholernej arogancji wobec ziemi na której żyjemy. To mój wyraz miłości do zwierząt również.

Fetysz: Jak to jest, wydawać po latach album, z projektem, z którego prawie nikt Cię nie kojarzy? Tak trochę zaczynać od początku? Gdyby nie fakt, że znalazłem Cię na Facebooku w życiu nie dowiedziałbym się, że dalej funkcjonujesz w muzycznym biznesie!

Joanna Prykowska: Tak dokładnie , to tak jakby zaczynać od początku, choć wydawało mi się , że wszyscy będą mnie kojarzyć, taka moja próżność…

Fetysz: Próżność? Muzycznie stałaś się delikatniejsza, ale gdzieś tam, może to tylko ja, wciąż słyszę takie typowe dla Firebirds brzmienia. Tekstowo zaś to wciąż niezmiennie dobra Prykowska. „Nic już nie muszę, jednego tylko chcę, przychodzę tu, by skleić światy dwa, w przeszłość nie patrzę (…) choć dzielą nas chwil tysiące, gdziekolwiek spojrzysz, jestem tam”. Ciągle o miłości. Jaka jest ta miłość w Twoim życiu? Łamano Ci serce sto razy, że potrafisz pisać o tym żarze tak dogłębnie?

Joanna Prykowska: Wszystko przez te emocje , bo ja to jestem jedna wielka emocja, dużo piszę i śpiewam o przyjaźni, bez której nie ma miłości, tak sądzę. Chciałabym zaczarować czasoprzestrzeń, żeby zatrzymać uczucia i emocje sprzed lat, utracone, zaniedbane przyjaźnie, ale to chyba niemożliwe, niestety. I to chyba słychać na moich dwóch ostatnich płytach.

Fetysz: Trzy lata temu pod szyldem Joanna & The Forests wydaliście drugi album „Aniela”. Kim jest Aniela?

Joanna Prykowska: Aniela to dobro w czystej postaci, to wróżka pojawiająca się przy nas w chwilach największego zwątpienia, to ktoś kto szepcze do ucha „nie martw się ten ból minie, spójrz tylko w druga stronę”… A tak fizycznie, namacalnie, Anielą jest każdy, kto chce być dobry i stara się na co dzień małymi czynami naprawiać świat. To pani dbająca o osiedlowe sierściuchy, to wolontariusze pracujący z bezdomnymi, to dzieciaki grające dla  innych dzieciaków w hospicjum, to sąsiad robiący zakupy samotnej i niedołężnej sąsiadce. To my w lepszym wydaniu. Ale to też koleżanka, która zadzwoni do nas po prostu pytając się jak się czujesz, co słychać. W czasach Facebooka to chyba bardzo ważne. Bo w internecie nie znajdziemy uczuć ani prawdy. To tylko złudzenia..

Fetysz: Internet to nieudawana samotność. Okropna pustka powyklejana sztucznymi zdjęciami i postami o radości. Internet to dziwka. Ale wracając do „Anieli”. Album udostępniliście do ściągnięcia za darmo. Dlaczego?

Joanna Prykowska: Banalnie , nie zaleźliśmy wytwórni , która chciałaby to wydać.

Fetysz: Na tym krążku znowu walisz tekstowo między oczy, wiesz o czym mówię? Skąd w Tobie ten bunt, ta potrzeba śpiewania o rzeczach, o których nikt inny nie odważyłby się śpiewać

Joanna Prykowska: Z charakteru!!! Marzyłam, żeby zaśpiewać piosenkę o mojej ukochanej szczecińskiej dzielnicy i trochę o beztroskim dzieciństwie, choć po angielsku i to jest w „Home”. Śpiewam mroczną historię powojennego mordercy – rzeźnika z Niebuszewa - to z kolei piosenka „Cyppek”.

Kiedyś poszłam do parku na spacer z psem, padał mocno deszcz to był późny maj. W parku żywej duszy bo lało i scena jak z filmu , na tzw. „Mostku miłości” dwóch, może dwudziestolatków, obejmowało się i całowało. Byli tacy prawdziwi, widziałam ich twarze, byli szczęśliwi. Stałam oniemiała, płakałam,  myśląc sobie macie chłopaki okoliczność dość swobodną by robić to, co robią setki „normalnych par” w słonecznych okolicznościach przyrody.

I o tym też napisałam piosenkę.

Fetysz: Jaki jest w Polsce los artysty, który kiedyś był idolem, a teraz już nie jest?

Joanna Prykowska: Kolorowy. Inny niż przedtem.

Fetysz: Jesteś na scenie ponad 20 lat. Jak przez ten czas zmienił się rynek muzyczny w Polsce?

Joanna Prykowska: Jest dużo miejsca dla różnej muzyki, dużo różnych talent show, mających pomóc wypromować zdolnego pretendenta do sławy, ale czy tam należałoby szukać prawdziwych artystów? Czy ktoś dzisiaj chce słuchać wieszczy? Mam też wrażenie, że miejsce na dużej scenie jest silnie strzeżone przez starych wyjadaczy. Tam tylko najpopularniejsi mogą pobrylować.

Fetysz: Gdybyś mogła cofnąć czas – wrócić do jakiegoś miejsca w swoim życiu, zmienić coś, przekręcić, skłamać, naprostować – co zrobiłabyś inaczej?

Joanna Prykowska: Wierzę, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, i wszystko ma swój czas. Cieszę się, że nigdy nie robiłam niczego wbrew sobie, że zawsze mogłam przekazać to co myślę, i że to moje śpiewanie potrafiło wzruszać i czasem uzdrowić. To bardzo dużo. I niech tak pozostanie.

Fetysz: Zawsze chciałem zadać komuś to pytanie – żałujesz, że stałaś się kiedyś sławna? „Czy warto było tak, nie jeden dreszcz przeszyje mnie, niejedna spłynie łza, jeszcze nie raz spojrzę za siebie wstecz…”

Joanna Prykowska: Niczego nie żałuję. Staram się być artystką na co dzień choć nie zawsze spotyka się to ze zrozumieniem mojego najbliższego otoczenia. Ale jak mówią do wszystkiego można się przyzwyczaić.


FACEBOOK FAN PAGE:

JOANNA PRYKOWSKA

JOANNA & THE FORESTS